01 października 2018

29-30.07.2018.

Astana. To można powiedzieć był pierwszy dzień naszej planowanej podróży.

Rano pobudka była bardzo wczesna. Bo w Polsce była dopiero czwarta. Jeśli mówić tylko liczbami, poszliśmy spać o godzinie trzeciej po kazachsku, a wstaliśmy o czwartej po polsku. Dosyć egzotyczny rozkład dnia

i nocy. Nie mogliśmy się nagadać. Było bardzo ciekawie rozmawiać z naszymi kazachskimi przyjaciółmi. Saule i Serik, bardzo gościnni i ciekawi ludzie. Saule przygotowała dla nas wspaniałe miejscowe potrawy. Biszbarmak - mięso wołowe i konina 

z miejscowym makaronem, cebula i ziemniakami. Kumys (końskie sfermentowane mleko) i jeszcze jakiś smaczny napój, coś 

w rodzaju rosołu z serwatką. Na koniec herbata z miodem, imbirem, cytryną i pysznym sernikiem. Sernik zrobił jej 14 letni syn, pycha! Siedzimy przy stole w kuchni i tak sobie opowiadamy. 

Oni o Kazachstanie, my o Polsce. W czasie rozmowy o tradycjach rodzinnych Serik wyciąga z szafy coś zawinięte w biały atłasowy materiał. 

Kładzie bardzo pieszczotliwie na stole, rozwija materiał. Jest bardzo dumny. Przed naszymi oczyma leży kindżał w pochwie oraz nahajka. Pochodzi z zamierzchłych czasów, zwyczajowo przekazywany przez ojca starszemu synowi. Kindżał wykuty przez kowala, ani śladu rdzy, jest tak ostry, jakby był przygotowany do działania od zaraz. Rękojeść wykonana z drewna bardzo precyzyjnie i artystycznie. Pochwa z drewna, obciągnięta skórą, ale też w to włożone dużo myśli artysty, jest ozdobiona pomarszczeniami. Nahajka, niby zwykła, nic nadzwyczajnego.

Chłyst - warkocz skórzany i cienkie drewienko, takie zwykle drewienko nawet nie okrzesane. Ale te drewienko jest takie piękne 

w swojej prostocie. Od tego wszystkiego powiało czymś bardzo dalekim.

Przed oczami obrazy, step, konie, skośnooki jeździec na koniu

z nahajką w ręku i kindżałem przy pasie. Ogląda z dumą swoje stada 

i pastwiska. Jurta, ojciec opowiada swojemu podrastającemu synkowi o dziejach rodziny i pokazuje kindżał. Niesamowite przeżycie, dotykać takich rzeczy, być świadkiem takich opowiadań.

Kazachowie mały naród. Bardzo szanują swoje obyczaje. Mają trzy odłamy rodowe, których bardzo się trzymają i wiedzą skąd pochodzą. Nasi gospodarze opowiadali nam z przejęciem o obyczajach Kazachów.

Wymęczeni drogą i wrażeniami zasypiamy na krótko.

Rano zaczynam od fryzjera. Saule załatwiła swojego fryzjera – mistrza swojego fachu. Fryzjerka, malutka filigranowa kobietka Ajgul, krążyła nade mną ponad godzinę. Trajkotała, opowiadała o Astanie i Ałmaacie. Była zachwycona, kiedy powiedziałam, że oddaje się w jej fachowe ręce i może ze mną robić co chce. Żeby zrobiła z moją głową tak, żeby było awangardowo i pasowało do mnie.

Przy okazji podpowiadała różne ciekawostki, jak pielęgnować i układać włosy. Zrobiła co chciała. Była tak zachwycona swoim tworem, ze zrobiła mi sesję zdjęciową do swoich prac autorskich.

I tak, w nowej wizualizacji ruszam na realizacje trzytygodniowego planu.

 

Na początek przejażdżka ulicami Astany. Dziś takie tylko liźnięcie.

Zostawiamy Astane na koniec naszej podróży. Pierwsze wrażenie. Coś, miasto fatamorgana. W ciągu dwudziestu lat na stepie powstają budowle o pięknych kształtach, połączenie betonu i szkła. Bardzo dużo akcentów nacjonalnych. Miejscowi architekci starają się połączyć modern z nacjonalnym trendem. Budowle nie przytłaczają, są lekkie i cieszą oko. Do tego bardzo dużo zieleni, klombów z kwiatami, szerokie ulice i deptaki. Co jakiś czas spotykamy pomniki postaci narodowych bohaterów oraz dziwne fantazje miejscowych artystów. Nawet mieszkańcy czasami nie mogą odpowiedzieć co oznacza ten czy ów stwór. Architektura niektórych budynków zadziwia swoim modernizmem i myślą techniczną.

Miasto wywiera na nas bardzo pozytywne wrażenie.

No i czas w drogę. Dworzec kolejowy. Znowu zaskoczenie. Budynku nie powstydziłoby się większość lotnisk w europejskich miastach. Szklany olbrzym. Tory gdzieś w powietrzu na betonowych podporach. W środku wielka przestrzeń, nieskazitelna czystość. I co bardzo ciekawe, dużo funkcjonariuszy, którzy dyskretne pomagają pasażerom w orientacji na dworcu.

Pociąg, hm…, nie odbiega standardu szklanego kolosa. Jesteśmy pod wrażeniem.

 

Ruszamy w drogę. Po kilku chwilach koniec cywilizacji. Miasto kończy się nagle. Nie ma wstępu i końca miasta w postaci przedmieścia. Domy i szerokie ulice i od razu step. Po pół godzinie skończył się zasięg telefonów. Za oknem step, step i step. Małe górki, kurhany, wypalona trawa i zielone sukulenty.

Pociąg nas niesie na południe z prędkością około 150 km/godz. Piękny zachód słońca nad stepem. I całkowita dzicz.

Za cały czas podróży nie było prawie żadnych wiosek nie mówiąc już o miastach. Czasami spotykaliśmy pojedyncze budynki lub jurty, stada koni i krów z pastuchami.

Tak skończył się nasz pierwszy dzień podróży. Za oknem pełna czerń bez ogni. Walamy się na górnych kuszetkach. Czytamy i słuchamy książki a pociąg nas niesie na południe w góry.

 

 

 

 

 

31.07.2018

Budzimy się. Już jest jasno. Za chwile koniec podróży, już przedmieścia Ałma-Aty.

Na horyzoncie pojawiają się góry z białymi szczytami. Pod tymi górami leży była stolica Kazachstanu.

Dworzec jeszcze z czasów Związku Radzieckiego.  Otoczenie dworca podobnie. Stare budowle, place i ulice ze śladem już swojego czasu. Nic dziwnego stara stolica zapomniana, jak stara aktorka teatralna, wszystkie aplauzy teraz dla Astany. Łapanie taksówki, przejazd na dworzec autobusowy. Od razu udało załapać się na busika jadącego do Biszkeku. Dwa ostatnie miejsca. To znaczy bilet kupiliśmy tylko do granicy, tam na drugiej stronie granicy na nas czeka chłopak z firmy wypożyczającej nam motocykl i zabiera nas do hotelu. Wszystko poszło sprawnie i szybko. Tylko godzina przerwy i już jedziemy do Biszkeku. Busik, a po miejscowemu marszrutka bardzo czysta i nowoczesna. Nawet telewizor i klimatyzacja. Cena dla 200 km śmieszna, 18 zł.

Przed nami siedzi mała, śliczna dwuletnia Kazaszka

z rodzicami i stroi minki Markowi.

 

 

 

 

 

Marszrutka za całą drogę zatrzymała się tylko raz,

na papieroska. .. Pozostałą drogę rozwija dosyć spora prędkość, jak na transport publiczny. Prędkość nie zmniejsza nawet na górskiej, krętej drodze. Co czasami trochę spina. Trzy godziny i już granica. 

Pomijam opis granicy. Ona wszędzie taka sama. Wkurzająca, stresująca i upokarzająca.

Z ciekawostek. Bez względu czy kupiłeś bilet do granicy czy do Biszkeku, wszyscy pasażerowi przed granicą wysiadają. Biorą swoje bagaże i zasuwają na przejście

na swoich dwóch. Dreptania jest spory kawałek. Marszrutka jedzie pusta i po przejściu granicy zbiera swoich pasażerów. Od razu obstępują ci miejscowi „biznesmeni” z wózkami i proponują pomoc

w przeniesieniu bagażu.

Na drugiej stronie na nas już czeka Kiril i jedziemy dalej.

Biszkek. Różnorodne miasto. Ma swoją historie, nawet rewolucje. Nie będę go opisywała. Jest wiele informacji o nim w różnych przewodnikach internetowych. Jedno chcę zauważyć, ze jak na miasto Azji jest czystym i bardzo zielonym. My już go liznęliśmy przy pierwszej naszej wyprawie do Kirgizji. Dlatego nie mamy w planach zwiedzania miasta.

Zostajemy tu do rana. Dziś odbieramy motocykle i pakujemy się. Rano, jak tylko wstanie słońce ruszamy. Chcemy wyskoczyć z miasta i upału. Przed nami pierwszy dzień testowania motocykli, miejscowych dróg

i kierowców. Dlatego lepiej wcześniej zacząć i wcześniej skończyć.

 

Hotelik bardzo sympatyczny z własnym dziedzińcem, odizolowanym od całego świata szczelnym ogrodzeniem

i bramą. Na zewnątrz ruchliwa ulica, a tu cichy, zielony zakątek. Właśnie takie coś nam było potrzebne, żeby zostawić na noc przygotowane do drogi motocykle. Znalazłam ten hotelik na bookingu jeszcze w Polsce. Właścicielka, bardzo miła i pomocna Pani. Podpowiedziała gdzie wymienić pieniądze, gdzie zrobić zakupy na drogę, zrobiła nam rano śniadanie.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Mamy motocykle, pakujemy graty, sprawdzamy szczegółowo bagaże.

To co niezbędne pod ręka, reszta głębiej. Stan motocykli gotowy do wymarszu. Najbardziej w tej wyprawie obawiamy się niespodziewanych awarii techniki.

Cóż, żadni z nas mechanicy, jeśli coś się stanie na bezdrożach będziemy musieli szukać pomocy z zewnątrz.

Mała, ale bardzo sympatyczna kolacja z miejscowych potraw zamówiona na telefon do hotelu. I spać.

 

 

 

 

01.08.2018

Pobudka. Śniadanie i ruszamy. Na drodze pierwsze kroki. Trzymamy uszki w ostro. Obserwujemy zachowanie miejscowych kierowców.

Badamy motocykle. Inne niż nasze domowe. Krosy, opony kostka. Musimy wiedzieć, jak się zachowują

w różnych sytuacjach. Od początku była rozmowa, że dostanę Suzuki DRZ 400, a Marek dosiądzie Yamahę 600 XT. Ale zmiana decyzji. Suzuki okazało się za wysokie dla mnie. Yamaha tez nie należy no niskich motocykli. Ale jednak więcej ugina się pod moim ciężarem i kuca tak, ze dostaje sensownie nogami do ziemi. Jednak i tak muszę uważać na miejsca zatrzymywania się. Dołki pod nogami nie wskazane, bo przekracza się krytyczny punkt bezpiecznej równowagi.

Miasto za mami, pestka. Kierowcy maja różne ułańskie pomysły. Ale taki styl jazdy znamy jeszcze z czasów naszej młodości i jazdy po drogach byłego ZSSR. Tu jest podobnie. Skakanie po pasach bez kierunkowskazów, wciskanie się na chama, wyprzedzanie z prawej lub jazda po poboczach. Dochodzi wschodniego kolorytu - trąbienia z byle jakiej przyczyny, nawet przy spotkaniu znajomego na drodze. Siedzenie na ogonie przez dłuższy czas a później wyprzedzanie na bardzo bliskiej odległości, czasami lusterko w lusterko, choć miejsca nie brakuje. Przy czym to ostatnio jest chyba związane z ciekawością kierowców naszymi osobami. Jadą obok i przyglądają się nam. Mruganie światłami tez chyba jest związane nie tylko uprzedzeniem przez policja, ale i pozdrowieniami nas na drodze. Niektórzy kierowcy lub pasażerowie nawet machają nam przez okno.

Za miastem robi się tłok. Droga tak zadymiona spalinami, ze trudno wytrzymać smród. Jakość paliwa i stan techniczny samochodów chyba nie najlepszy. Spotykamy polewaczkę. Nogi do góry. Myje nam motocykle.

Po jakimś czasie coś jest nie tak w moim motocyklu. Rączka sprzęgła zapada się

i nie wraca na miejsce. Jadę lewym pasem, jest tak tłoczno, że nie mogę zjechać na pobocze

i tak jadę z tym problemem cofając ją małym palcem. Wreszcie luz, stajemy. Okazuje się rączka całkiem odkręciła się, a śrubka która ją przytrzymuje wyrobiła się. Coś tam poprawiamy, trzyma się. Ruszamy.

Okolice nie ciekawe. Przy drodze ciąg wiosek

i miasteczek. Góry schowały się

w chmurach. GPS stwierdza też, że brzydko

i „Hołowczyc” nagle kazał skręcać w lewo. Dróżka bardzo skromna, wygląda na bardzo podrzędną.

Według wcześniejszego studiowania mapy, mamy skręcić na drogę równoważną do tej, którą jedziemy. Ryzykujemy. Bardzo dobra decyzja. Jedziemy w kierunku gór, ale całkowicie pustą drogą, pomiędzy malowniczymi zielonymi pagórkami z kępkami owocowych drzew. Na równorzędnym skrzyżowaniu znów skręcamy w stronę gór, ale po kilkunastu metrach, jakiś dziadek przy drodze pokazuję nam ręką, że jedziemy w złym kierunku, z lekkim opóźnieniem „Hołowczyc” też zaczyna się burzyć. Zawracamy. Kilka kilometrów i wjeżdżamy na główną drogę,   tą właściwą do Osz.

Wjeżdżamy w góry. Mijamy jakiś wielkie bramy z policją i rogatkami. Na bramach wszystko w języku kirgiskim. Jak porządni obywatele, zatrzymujemy się. Coś mamy pokazać? Policjant patrzy się na nas

z zapytaniem, a my na niego. Chyba rozumie, że nie miejscowi i macha ręką, że mamy objechać rogatkę bokiem. Tak to się okazuję robi. To jest chyba tylko dla ciężarówek. Przynajmniej tak wywnioskowaliśmy.

Droga bardzo malownicza, choć wierzchołki gór są w chmurach, jest pochmurno, ale to też ma swój urok. Droga prowadzi pomiędzy stromo wznoszącymi się górami. Kamienie i skrawki zielonej trawy, pojedyncze drzewa i krzewy. Obok drogi, to z jednej, to z drugiej strony, wije się górska rzeczka. Cały czas jedziemy pod górę. Przed nami pierwsza przełęcz Too Ashu

(3586 m.n.p.m). Zaczynają się serpentyny. Jakość drogi pogarsza się, dziury dosyć liczne i niespodziewane.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Uczymy się motocykli, jak się zachowują na zakrętach i dziurach. Jesteśmy bardzo pozytywnie zaskoczeni.

Są lekkie i dobrze trzymają się drogi. Na zakrętach bezbłędnie wykonuję wszystkie nasze polecenia, lekki nacisk na kierownicę 

i motocykl kładzie się w zakręt. Dziury w ogóle nie odczuwalne, wszystko przyjmują amortyzatory. Jedyny mankament, który później niestety bardzo często nam dokuczał w górach. Boczne wiatry. Motocykle są lekkie, i mocniejszy podmuch czasami podwiewał je i przesuwał trajektorię jazdy. Najgorzej było przy zakrętach, kiedy wiatr z zakrętu niespodziewanie dmuchał pod koła.

Droga wije się w górę. Widać ją do samej przełęczy.

To znaczy przełęczy nie widać bo jest w chmurach, ale tak wywnioskowaliśmy z mapy. Na dole i u góry widać samochody - jak małe mrówki ostrożnie pełzną po zboczu góry. Zaczyna bardzo mocno wiać.

Wjeżdżamy w chmury, robi się naglę bardzo zimno. Nie da rady, trzeba się ubrać. Im wyżej tym zimniej. Już zaczynam zastanawiać się nad kalesonkami pod spodnie. No i przełęcz. Takie chmury, że zrobiło się ciemno, jak wieczorem, a przecież dopiero dwunasta. Są dwie drogi. Jedna przez tunel, druga z widokami, wyżej górami. Ale miejscowy policjant, zabrania nam jechać po tej z widokami ze względu na złe warunki atmosferyczne. Przejeżdżamy tunel, a na drugiej stronie niespodzianka. Taka mgła, że kłopot zrozumieć gdzie jechać i w którą stronę skręcają zakręty. Tak toczymy się z góry jakiś czas.

 

Robi się co raz jaśniej. Naglę chmury rozchodzą się i na dole otwiera się piękna, zielona dolina po horyzont. Na horyzoncie widać góry z zaśnieżonymi wierzchołkami. Zjeżdżamy do niej.

Po drodze zatrzymujemy się przy jurcie. Ciekawią nas przetwory, które sprzedają gospodarze jurty. Kumys

i białe kuleczki, podobne do Raffaello z tą różnicą, że są twarde słone. Sprzedaje chłopczyk lat ok dziesięciu. Widocznie to jego rola w gospodarstwie. Kumys mieliśmy okazję pić rok temu w wyprawach górskich po górach Tienszaniu. Pytamy co to, te białe kuleczki. Nazywa się to kurut.

Później, opowiadano nam, że kurut, to ważna potrawa kirgiskiego dziedzictwa kulinarnego. Historycznie znaczna cześć Kirgizów prowadziła koczowniczy tryb życia – oparty o hodowlę owiec i koni, również jedzenie było mocno powiązane z tymi zwierzętami i ich mlekiem. Oczywiście jedzenie to musiało być odpowiednio zakonserwowane – najlepiej wysuszone z dodatkiem soli. Kurut to suszony na słońcu gęsty słony jogurt. Kiedyś z mleka końskiego, teraz większość robiona jest już z krowiego. Rozpowszechniony praktycznie w całej Azji Centralnej. Mają smak bardzo intensywnego, wysuszonego, zsiadłego mleka. Później miejscowi nas częstowały kurutem, jako dodatek do piwa. Takie miejscowe chipsy. Kupiliśmy kilka. Mnie się ten przysmak spodobał. Nie da się go zjeść w dużych ilościach. Ale mnie podpasował, jak mała przekąska pomiędzy głównymi posiłkami. Brałam do buzi, ubierałam kask i jechałam z tym, powoli ssąc. Markowi ta potrawa nie spodobała się. Tak, że wszystkie pozostałe kulki dostały się mnie.

Dolina Suusamir. Leży na wysokości 2000-2500 m.n.p.m. Można zrobić ją wizytówką Kirgizji. Płaskowyż, gdzieniegdzie skrawki nie topiącego się śniegu, tylko łąki, jurty i wszędzie stada koni, owiec i krów. Konie tu są przepiękne. Jakieś innej rasy niż w górach Tienszaniu. Czasami, przy drodze, są całe „wioski” jurt. Jedziemy przez godzinę w tej idylli. Po drodze zaliczamy przydrożną knajpkę. Dużo samochodów

i ciężarówek, dobry znak. Knajpka w stylu stołówki, bierzesz tackę i idziesz wzdłuż potraw, wybierając sobie to co na ciebie dobrze patrzy. Na nas dzisiaj popatrzył dobrze lagman i shorpo. Postanowiliśmy jeść obiady

w przydrożnych knajpkach, próbując wszystkie potrawy 

z nieznanymi nam nazwami. Jak się okazało, to była dobra decyzja. Obiady mieliśmy wyśmienite i nikt się nie zatruł. Jedyny kłopot był

z ilością. Porcję takie duże, że pierwsze dni nie dawaliśmy rady ich zjeść. Później już obiad był z dwóch dań, ale dla jednej osoby. Najadaliśmy w dwójkę takim obiadem. Przeważnie ktoś wybierał zupę, a ktoś drugie danie i zjadało się na spółkę.

Po dolinie następna przełęcz Alabel Ashuusu (3184 m.n.p.m). Tu nas spotkał deszcz, który nam towarzyszył już później do samego wieczoru. Musieliśmy ubrać się w kombinezony przeciwdeszczowe. Marek bardzo sceptycznie podchodził do mojego pomysłu zabrania tak ciężkich kombinezonów ze sobą. Ale teraz nie żałował. Co pół godziny polewał deszczyk. Raz mniejszy, raz większy.

Po pokonaniu przełęczy, krajobraz diametralnie się zmienił. Pojawiły się lasy, przeważnie liściaste. Przy drodze rzeczka, widocznie bardzo rybna, dużo przydrożnych knajpek oferujących rybne potrawy.

 

I tu nas dopadła policja. Wcześniej tego „dobra” było w dostatek, ale jakość udawało się. Zawszę ktoś był przed nami, kto ostro hamował i wiedzieliśmy, że na nas tam czekają…Kierowcy też bardzo sprawnie informowali się nawzajem światłami o zbliżającym się radarze.

Tylko to akurat nas myliło, bo często nas po prostu w taki sposób witali na drodze. Po jakimś czasie straciliśmy czujność. Trzeba zauważyć, że znak „60” może stać do odwołania, a następne skrzyżowanie może być 50km dalej. Nie mówiąc już o znakach informujących o początku i końcu miejscowości, których często nie było w ogóle. Tylko pojedyncze jurty informowały, że to niby jakaś miejscowość. Często znak już dawno był zapomniany, ale policja o tym nie zapominała i obficie zbierała haracz. Tym razem nam się nie udało. Policjant gnał na drugą stronę drogi, żeby nas zatrzymać.

Na początku, póki nie ściągnęłam kask było przywitanie. Jak tylko zobaczył, że kobieta, nie chciał dalej gadać ze mną, wszystkie chmury skupiły się na Marku. Tłumaczył się za dwóch. Mandat przywalili po wszystkich chyba paragrafach kodeksu drogowego Kirgizji, prawie 1000 euro  i konfiskacja prawa jazdy. Ciekawostka, reszta kierowców, bardzo szybko i sprawnie płaciła mandaty, bez pisania papierka. Telefon do przyjaciela. Wyjaśnił nam, że tu trzeba po wschodniemu. Dobrze, że nie pisemnie…Długie negocjacje. Marek potrafi rozmawiać przekonywująco, mandat 25 euro bez „gramoty” i jechać. 

W tym dniu mieliśmy w planie dojechać do zalewu Toktogul i tam przenocować. Przyjaciel z Biszkeku podał nam koordynaty dobrego miejsca na nocleg. Okazało się musimy objechać zalew dookoła. Otwiera się przestrzeń, Toktogul. Niezwykły kolor wody. Chyba dzięki słońcu i deszczowym chmurom. Kolor turkusowy. Okrążamy zalew, ale szukamy też miejsca postoju samodzielnie, na wypadek jeśli nie uda się trafić na miejsce pokazane przez przyjaciela. Zatrzymujemy się kilka razy do zdjęć, nie da się ominąć takich widoków.

Trochę krążymy po okolicę, ale trafiamy, jak to później okazuję właśnie tam gdzie był nasz przyjaciel kilka dni temu. Miejsce urocze. Daleko od ludzi. Plaża. Stawiamy motocykle prosto na plaży przy samej wodzie. Rozpalamy ognisko. Trochę drewna z ogniska poprzednich „koczowników”. Korzystamy z niego. Namiot, przygotowanie kolacji. Korzystamy z ostatni promieni słońca, kąpiemy się w Toktogulu. Woda bardzo ciepła.

Pogoda zmienna, zachód słońca w pełnej krasie, na wschodzie i północy czarne deszczowe chmury. Straszą nas deszczem. Wokół absolutna cisza, brak podmuchów wiatru i jakichkolwiek dźwięków. Woda w zalewie, jak tafla lustra, w niej odbicie gór i chmur. Przyroda przygotowuje się do snu. Siedzimy przy namiocie, oglądamy zachód słońca. W ten wieczór szczególnie wspominamy naszego ciężko chorego przyjaciela Zbyszka, nie wiedząc o tym, że już nie żyje. Jeszcze chwila i robi się całkowicie ciemno, jak to

w południowych krajach.

No cóż, pierwszy dzień podróży motocyklowej zakończony. Przejechano więcej niż planowaliśmy.

Dużo wrażeń, przeżyć. Wiemy już, że damy radę. Dobranoc Toktogul. Cykady całą noc grały nam do snu.

 

 

02.08.2018

Pobudka. Świeci słońce, ale daleko w górach grzmi i chodzą czarne chmury. Trzeba zbierać się jak najszybciej i uciekać z tych deszczowych gór. Szybkie śniadanie, kąpanie w jeziorze i ruszamy. Dziś jazda po tak zróżnicowanych terenach, ze trudno uwierzyć, że tak może zmieniać się krajobraz w ciągu kilkunastu kilometrów. Na początek były góry z kamiennymi szczytami ale niższe partii gór wyglądały tak, jakby ich okryto zielonym kudłatym kocem. Potem przyszła kolej na całkowicie wypalone przez słońce. Kamień i kępki suchej trawy. Jechaliśmy bardzo długo przy rzece Naryn, która została spiętrzona przez zaporę hydroelektrowni. Woda rzeki była koloru niebywałego. Mocny turkus. Taka kompozycja żółtych, wypalonych gór i turkusowej wody wydawała się jakaś nieziemska i nierealna.

 

 

 

Skręcamy z głównej drogi do prowadzącej do Osz. Przejeżdżamy bardzo brzydkie i duże miasto

Tash-Komur. Trafiamy na krajobraz pustyni i kolorowych gór. Góry łyse w kolorowe pasy.

Droga z niespodziankami, na każdym ostrym zakręcie, których było pod dostatkiem, wielkie dziurska i brak asfaltu przez całą drogę. Pierwsze niespodzianki były połknięte przez motocykle cierpliwie. Potem już wiedzieliśmy co na nas czeka za zakrętem i byliśmy ostrożniejsi. Kiedy zjechaliśmy niżej przed oczami pokazały się zielone pagórkowate doliny i góry o dziwnych kształtach. Prawdopodobnie to dzieło wiatrów. Następna przełęcz i znowu nowy krajobraz. Wysokie szpiczaste szczyty, a na dole piękne świerkowe lasy. Właśnie gdzieś w tych górach nasz cel podróży. Jezioro Sari-Czelek. Zjeżdżamy z drogi asfaltowej i zaczyna się testowanie nas i motocykli. Nasze umiejętności

i wytrzymałość motocykli. Całkiem nie dawno, sądząc po rzece płynącej obok drogi i stanu drogi przeszła ulewa.

40 km po drodze leśnej, czasami z dużymi spadkami, wypłukane przez deszcz głazy. Czasami sama mokra glina. 20-30 średnia prędkość. Droga wije się serpentynami cały czas w górę. Po drodze ogromne dzikie naturalne lasy z drzew owocowych i orzechów włoskich no i niesamowite widoki szczytów, dolin i rzek górskich. Dotarliśmy na miejsce. Zmęczeni ale i zadowoleni, że udało się nam  zdobyć ten kawałek drogi.

 

Jezioro piękne. Wysoko w górach na wysokości 1878 m.n.p.m., zaciśnięte pomiędzy wielkimi szczytami gór, otoczone lasem świerkowym i jodłowym. Tu jest rezerwat przyrody. Spotykamy na miejscu leśniczego, pozwala nam postawić namiot około leśniczówki. Rozbijamy w dosyć ciekawym miejscu prosto na leżakach. Namiocik stoi na podwyższeniu na drewnianej podłodze. Mamy taki mały pokoik dla siebie. Jeszcze tylko kolacja, mały spacerek nad jeziorem. Długo nie możemy posiedzieć przed namiotem, przychodzi burza

i zagania nas do namiotu. Nie mamy nic przeciw, jesteśmy zmęczeni

i śpiący. Zakopujemy się w śpiwory i nie ma nas do jutra.

 

 

 

03.08.2018

Dzisiejszy poranek był trudny. Nawet myśl o tym, że mamy przed sobą kawał drogi przygnębiała. Jednak Pierwszą obawą była droga gruntowa z powrotem przez góry. Po ulewach na kawałkach zrobiła się ziemna maź i przy ostrych spadkach na ile w górę udawało się przeskakiwać ją, teraz było zadanie zjechać po tej mazi w dół. Ale jednak udało się bez przygód. Ciepły klimat robi swoje. Nawet nocą ziemia zdążyła wyschnąć. Po deszczu zostały tylko głębsze kałuże. Wieczorem droga była o wiele trudniejsza niż teraz.

 

Po drodze zaliczyłam małą wywrotkę na własne życzenie z małymi stratami. Chcąc, jak to kobieta najlepiej wypaść na zdjęciu, zdejmując kask przy robieniu zdjęcia z miejscowymi chłopakami nie postawiłam motocykl na nóżkę.

 

Lekkie wahnięcie i straciłam równowagę. Motocykl szybko to wykorzystał i już nie miałam szans go utrzymać. Leży. A najgorsze, tam gdzie się położył, trafił lusterkiem na kamień i po lusterku. Ale dzięki pomysłowości Marka była zrobiona prowizorka, która dotrwała do końca naszej wyprawy. Patent nawet spodobał się właścicielom naszego motocykla J

W tym dniu staraliśmy się szybko jechać nie tylko ze względu na ilość kilometrów, ale też na temperaturę. Jak tylko zjechaliśmy do doliny Fergańskiej słońce prażyło bezlitośnie. Droga była zatłoczona. Szeroka, ale bez pasów. Nawierzchnia asfaltowa, jeśli tylko dziury czasami po kolana i wielkie garby nożna nazwać asfaltem. Nasze krosowe motocykle były dla takiej drogi stworzone. Nawet wpadanie czasami na prędkości w takie dziurska nie robiły na nich wrażeń. Styl jazdy czysto wschodni. Bez kierunkowskazów, bez lusterek, trąbienie 

i jazda na trzeciego i wszystko z prędkością 80-100 na godzinę. Trzeba było bardzo skupiać się na drodze

i miejscowych wariatach kierowcach. Ciekawostka, gdy kierowcy starają się pomóc w wyprzedzaniu, włączają lewy kierunkowskaz, a nie prawy.

Wyprzedzanie na trzeciego.

 

Sama dolina, miodem i mlekiem płynąca. Całkowicie łyse i spalone słońcem pagórki, ale doliny pełne zieleni

i sadów. Stąd pochodzą wszystkie owoce i warzywa Azji Środkowej.

Ale najciekawszym akcentem dnia była przydrożna knajpka. Nigdy nie znaleźlibyśmy jej, jeśliby nam o niej nie powiedział właściciel stacji benzynowej, na której tankowaliśmy się kilka kilometrów wcześniej. Na tłocznej, zakurzonej ulice przelotowej w małym miasteczku Koczkorata, pomiędzy dwoma największymi miastami Kirgizji. W głębi zwykłego podwórka, sadek z leżankami, w klatkach podwieszonych do gałęziach śpiewają przepiórki chińskie. Młode dziewczęta w ludowych strojach podają jedzenie. Przed zamówieniem podają świetną zieloną herbatę. Tak jest przyjęte w całej Kirgizji, bez względu czy zamawiałeś ją czy nie.

Często nie jest to płatne, jest to taki gest wdzięczności

i podziękowania, że jesteś gościem. Herbata jest podawana

w metalowym czajniczku, filiżanki obowiązkowo białe, inaczej tu herbaty się nie pije. Do wszystkich dań nacjonalnych chleb-lepeszka

i ostre zielone papryczki. Dziś zupa kurdak i manty. Pyszne jedzenie. Przy tym całym gorącu w tej oazie nie czuć temperatury powietrza, jest bardzo przyjemnie. Odpoczywaliśmy i duchowo i fizycznie przez godzinę. Szkoda było wychodzić na skwar. Ale czas nas gnał.

Nie chcieliśmy dojechać do Osz późnym wieczorem.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Reszta podróży w skwarze i kurzu. Pragnienia zaspokajamy

w przydrożnych kramikach sprzedających lodowaty kwas chlebowy

na „stakany”. Można też kupić do plastykowej butelki, co też było przez nas stosowane. Jest wlewany prosto z kraniku z małej cysterenki.

Osz w popołudniowych godzinach zakorkowany totalnie. Dotarliśmy. Hotelik w Osz prowadzony przez kolegów motocyklistów, którzy wypożyczyli nam jeden z motocykli. Taki był też plan, zajechać

i zrobić przegląd w połowie drogi. Od razu po przyjeździe do hotelu zauważyliśmy jakieś dziwne ruchy w przeźroczystym baku motocykla Marka i podejrzane wycieki w moim baku paliwa, z otworu od klucza. Stanisław, właściciel hotelu, wyjaśnia nam, że to gotuje się paliwo

w bakach. Temperatura wrzenia benzyny +38….Takiego zjawiska nie wiedzieliśmy jeszcze, nie było gdzie doświadczyć takich temperatur.

 

 

Goście nie tylko my. Dwóch Włochów, Niemcy, Francuz i młoda para na rowerach jadących z Niemiec do Chin. Wszystko jednoślady. Jutro rozjeżdżamy się w różne strony świata. Mały spacerek po mieście. Miasto stare, prawie wszystko zabudowa domków jednorodzinnych, dużo meczetów. Widać bardzo duże różnice w kulturach północy

i południa kraju. Tu już więcej rządzi Koran. Ale, główny plac imieni Lenina…i pomnik na środku…zadziwiające, taki kontrast kulturowy. Nie urzeka nas.

Próbujemy miejscowych rarytasów w małej knajpce. Plov (ryż z baraniną)

i czuczwara (zupa podobna do gulaszowej z małymi pierożkami

z mięsa). Kilka wskazówek od naszego motocyklowego kolegi

o dalszej drodze, ustalenia planu na dwa następne dni. Zamieniamy kilka słów z resztą motocyklistów. Każdy opowiada gdzie już był i gdzie jedzie dalej. Idziemy spać tym razem do łóżka. Jutro dzień nowych przeżyć. Ruszamy na południe w wysokie góry. Początek Pamiru.

 

 

 

 

 

 

04.08.2018


Poranek. Słońce gdzieś jeszcze bardzo nisko. Chcemy wyruszyć, jak najwcześniej, żeby wyskoczyć z miasta

i przejechać gorące doliny póki nie ma skwaru. Piękna asfaltowa droga. Ale początek drogi nie urzeka. Doliny bardzo zaludnione. Brzydkie wioski, jedna na drugiej. Zaczynają się góry. Domy kamienne zamieniają się w jurty. Pastwiska, stada koni, owiec i kóz. Zaczyna się prawdziwa Kirgizja, która była taka przez stulecia póki nie przyszła do niej cywilizacja.

Krajobrazy zmieniają się, jak w kalejdoskopie. Przełęcz Chiyirchik Ashuu (2402 m.n.p.m.), za nią całkiem inne wzniesienia i doliny.

Góry skaliste z kępkami zieleni i pięknymi łąkami poniżej. Górę czerwone o różnych dziwnych kształtach, a poniżej znowu zielone łąki. Góry w paski różnych kolorów, odcieni pastelowe i znowu zielone hale. W każdym nowym krajobrazie niezmiennie jest rzeka górska

z krystalicznie czystą wodą i błękitne niebo. Bukiet kolorów.

 

 

Wjeżdżamy na przełęcz Taldik Ashuu (3615 m.n.p.m)

i krajobraz zmienia się w bardzo surowy. Skrawki zielonych łąk,

a powyżej tylko kamień w różnych odmianach. Skała, kamień łamany, osypiska. Droga na przełęcz, kręta serpentyna, zakręty bierzemy powoli, bo na każdym zakręcie zerwany asfalt. Na przełęczy pierwszy raz pokazuje się nam Pik Lenina. Olbrzym w nieskazitelne białym ubraniu. Jeszcze daleko do niego, ale czuć, 

ze to bardzo poważny zawodnik.

 

Ruszamy dalej na południe. Przed nami otwiera się pustynna dolina i niesamowita panorama na Pamir. Pasmo gór, wszystkie powyżej 5000. Wszystkie szczyty - białe. Granica białego i czarnego ostro podkreślana, jak po linijce. Przy drodze stado krów. Hm…, czy na pewno krowy? Podjeżdżamy bliżej. Nie krowy. Jaki!!! No i jak to bywa na motocyklach nie da się ostro zahamować i cofnąć kilka metrów na wstecznym. Całe przedsięwzięcie. Ostrożne hamowanie, zawracanie, dogodne ustawienie wysokiego krosa, żeby nie fiknął. Czego nie zrobisz dla sesji zdjęciowej. Warto - robimy zdjęcia. Zwierzęta bardzo blisko podpuszczają nas do siebie, obserwują nas pilnie, ale nie odchodzą. Marek…marzenia…spełniło się jedno z nich. Sesja skończona. 

 

Jedziemy dalej Alajską doliną wzdłuż rzeki Kizil-Suu pomiędzy pasmami gór. Rzeka koloru cegły. Teraz latem skromnie płynie jednym nurtem szerokości ok 20m. Ale koryto jest bardzo szerokie, miejscami około kilometra. Myślimy, ze wiosną, kiedy topi się śnieg z niższych partii gór, to potężna rzeka.

 

W dali pod górami, tam gdzie rzekomo prowadzi droga do obozu alpinistów wyruszających na Pik Lenina dziwne słupy kurzu. Na myśl pierwsze przychodzi – wirujący wiatr. Wieje przecież dość mocno. Docieramy

do Kyzyl-Suu gdzie jest most przez rzekę na druga stronę. Koniec asfaltu. Początek, z wyjątkiem kilku poprzecznych strumyków-dołów, bardzo łagodny i bardzo zapylony. Ziemia ubita w drobny mak i nawet nasze lekkie motocykle robią spore zamieszanie na drodze. Za każdym motocyklem wielki słup kurzu, już mamy odpowiedź co widzieliśmy w dali. Nie da się jechać gęsiego, trzymamy dystans, żeby widzieć coś przed kołami i oddychać w miarę czystym powietrzem. Można jechać prosto przed sobą po łąkach. Nawierzchnią równa i twarda i bez tego pioruńskiego kurzu, trzeba tylko uważać na głazy porozrzucane bez ładu. Ale jest duże ALE pod nazwą świstaki. Grubasy kopią nory w najbardziej nieoczekiwanych miejscach, wielkości takiej, że koło motocykla mieści się całe. Spotkawszy kilka takich niespodzianek, wracamy

na kurzącą drogę.

 

Zaczynają się ostre podjazdy. Tam trochę gorzej z nawierzchnią, jest wypłukana przez wodę. Czasami droga wygląda, jak rumowisko kamieni. Nasze koniki żwawo rwą do góry. Nie boją się takich wyzwań. Ja jadę ostrożnie. Jednak jestem tym słabszym gatunkiem i czasami może zabraknąć mi tego co musi mieć motocyklista, zwykłej męskiej siły w rękach. Pod kołami czasami wielkie ruchome głazy, które kręcą się

i przestawiają motocykl. Daje radę. Marek chwali mnie. Docieramy do obozu. Nie możemy nacieszyć się,

że marzenie, żeby trafić na urodziny Marka zostało spełnione i dzisiejszy plan wykonany. A jakie widoki!!! Dolina gdzie rozłożył się obóz alpinistów długim językiem wcina się w przedgórze Pamiru.

 

Z jednej strony doliny majestatyczne olbrzymy, całe w śniegu, dziewiczo czystym. Z drugiej otwarta przestrzeń do samej rzeki Kyzyl-Suu w dolinie, a za nią następne pasmo gór z białymi wierzchołkami. Widoczność absolutna. Załatwiamy nocleg w jurcie u miejscowych pastuchów, którzy oprócz bydła zajmują się usługami hotelarsko – żywieniowymi. Jurta nie typowa dla zwykłych pastuchów. Bogata, duża,

na zewnątrz wojłok ozdobiony wyszywanym nacjonalnym ornamentem. Wewnątrz cała w kolorowych dywanach w odcieniach czerwieni, wykonanych ręcznie przez Panią domu. Wszędzie dużo poduszeczek-jaśków w kolorowych poszewkach też wykonanych ręcznie. Po środku stalowa koza z kominem wychodzącym na dach jurty. Trafiliśmy na domowe przyjęcie. Gospodarz zaprosił swoich gości z Osz.

Kilku starszych mężczyzn. Ale gdy usłyszał, że będziemy świętować urodziny, zaprosił nas do swojej jurty

na swoje przyjęcie do swojego stołu.

 

 

Stół. Kirgiski stół jest niezwykły. Rozkładają go na środku jurty na ziemi tylko na czas posiłków. Cała rodzina  siada w kółko w kucki lub na leżąco. Prawie wszystkie dania je się rękami, biorąc ze wspólnego dużego talerza. Obowiązkowym daniem na stole herbata, zaparzana przeważnie w metalowych czajniczkach, piją ją

z dużej ilości. Stół był pokaźnych rozmiarów i cały zastawiony. Mnóstwo słodkości: dżemy, miód, śmietana

i masło. Wszystko robione tu na miejscu. Do tego małe chlebki nazywane baursaki (ciasto drożdżowe wypiekane na oleju) i naleśniki. Maczało się ich w dżemach, miodzie, śmietanie lub w masło i jadło się. Pycha! Do tego ta pyszna herbata. Gospodarz częstował nas herbatą własną z ziół zebranych prostu tuż z łąk. Przy stole tylko goście i gospodarz. Córki i żona przy kuchni. Jedna z córek podaje dania. Właśnie podała kilka dużych talerzy z daniem i rozstawiła ich w różnych miejscach stołu, żeby każdy gość mógł dociągnąć się do dania. Do tego duże noże, można powiedzieć wprost tasaki. Danie. Duże kawały mięsa z kością, a pod nim ziemniaki i makarony. Z góry wszystko posypane surową cebulą. Mięso takie delikatne, rozpływa się

w ustach. Pytamy co to za mięso, bo nie możemy określić. Baranina, bardzo młody dziewięcio-miesięczny baran. Danie – Bisbarmak. Bierzesz nóż , odkrajasz kawał mięsiwa, w drugą ziemniak, makaron i cebulkę

i uczta rozpoczęta. Zaczęły się wspólne toasty. My przywieźliśmy ze sobą miejscowy koniak, który nie ustąpi dobrym koniakom świata. Goście popijają wódeczkę. Uprzedzając nas, ze picie koniaku na takiej wysokości jest nie pożądane nawet w takich małych ilościach. Słuchamy starszych. Kilka kieliszków urodzinowych

i dosyć. Po takim sytnym obiedzie musimy poruszać się, nie ma już sił jeść i leżeć. Wychodzimy z jurty

i emocje biorą w górę. Zachód słońca. Słońce chowa się gdzieś za górami z prawej strony doliny, ale majestatyczny Pik i sąsiedni „biali sąsiedzi” sześciotysięczniki nic nie zasłania, oni tu są najważniejsi, są cali w światle zachodzącego słońca. Nie biali, a złoci. Cienie i światła grają w każdej nierówności, wystającym kamieniu lub lodzie lodowca. Góry nigdy nie znudzą, zawsze zachwycają, są zmienne, piękne i surowe. Żywioł dzikiej piękności.

 

Kładziemy się do snu. Gospodyni ścieli nam prosto na podłodze, tam gdzie wcześniej był stół bardzo grube koce z wojłoku nie wyprawionego i śmierdzącego owcą. Śmiejemy się, że chyba będziemy tak śmierdzieć przez kilka miesięcy. Da się przyzwyczaić, po kilka minutach zasypiamy.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Pośrodku nocy obowiązkowa pobudka fizjologiczna. I dobrze, że są takie potrzeby, przespalibyśmy piękne nocne niebo i dodatkowe widoki. Niebo nocne na 4000 jest wyjątkowe. Gwiazdy pod nogami. Wielki Wóz wisi pod nami. A majestatyczne olbrzymy już nie białe i nie złote, tylko księżycowo błękitne. Świecą się zimnym niebieskim światłem. Takie wrażenia, że światło wychodzi od wewnątrz. Dzięki tej poświacie w kółko nie ma pełnej ciemności, choć nie ma jeszcze księżyca. Każda pora dnia tu jest piękna.

 

 

 

05.08.2018

Znowu piękny poranek, znowu piękny widok z innej perspektywy położenia wschodzącego słońca. Wczorajszego jubilata bardzo boli głowa. Hmm, nie koniak na pewno. Dochodzimy do wniosku, to wysokość daje oznaki. Chyba za długo zagościliśmy na tych wysokościach, trzeba obniżyć poziom bytowania.

Ale zaraz, zaraz co tam za stado niedaleko od naszego obozu. Wyruszamy do stada. Godzinny spacer przynosi ulgę głowie Marka i przyjemność obserwacji pasących się Jaków na tle „Piku”. Spokojnie przeżuwają trawę, wylegują się, bawią. I wszystko na tle niesamowitych widoków. Eden!

Ruszamy. Ale przed ruszeniem w drogę powrotną jeszcze pniemy się do góry, przez górska rzekę w bród do końca drogi. Dojeżdżamy miejsca, gdzie już tylko ścieżka nad urwiskiem uchodzi dalej w górę do następnego obozu alpinistów. Właśnie w tym samym momencie konie objuczone bagażami alpinistów ruszają w górę, poganiacze zaczynają pieśń po kirgisku, skrywają się za zakrętem.

Nie możemy przesadzać z czasem, bo robi się co raz pełniejsza rzeka, topią się lodowce pod południowym słońcem i co raz trudniej będzie przeprawić się przez nią. No cóż, komu w drogę temu...ostatni raz podziwiamy widoki olbrzymów. Z tego miejsca już nie mają „przedsionka”. Stoimy prosto pod ich stopami. Odwracamy się plecami do olbrzymów i zaczynamy ostrożny zjazd po bezdrożach.

Powrót do asfaltu mija szybko. Już znamy drogę, wiemy gdzie czekają niespodzianki. Droga do Osz też przebiega szybko. Górskie pejzaże nadal cieszą oko i droga nie nudzi, kręcimy głowa we wszystkie strony, zatrzymujemy się, robimy zdjęcia. Teraz oglądamy to co było za plecami w tamtą stronę.

 

 

Przed samym Osz, krowa przechodzi przed samochodem jadącym przede mną. I tu chwila zgrozy. Przed same moje koła z głębokiego rowu z przeciwnej strony nagle wyskakuje małe cielę. Spostrzega matkę na drugiej stronie drogi i rusza bez zastanowienia się. Ostre hamowanie, motocykl zaczyna rzucać, w panikę nie wpadam, walczę, udaje się. Przejechawszy kilka metrów zaczynam czuć, jak puszcza adrenalina. Jednak stres był, choć nie czułam tego w trakcie akcji.

Przed samym miastem okazuje się , że telefon jest całkowicie umarły i nie mamy nawigacji, żeby trafić do naszego hoteliku, a miasta jeszcze dobrze nie poznaliśmy. Na pobliskiej stacji prosimy miejscowego chłopaka, obsługujące dystrybutor, żeby zadzwonił do Stanisława ze swojego telefonu. Dobrze, że mamy wizytówkę na motocyklu z telefonem. Umawiamy się na jakim skrzyżowaniu nas spotka i poprowadzi nas do hotelu. Wszystko idzie bardzo sprawne. Już w hoteliku. Kupujemy na pobliskim bazarku pomidory i wielkie soczyste morele. Robimy sałatkę z pomidorów na kolację. Mamy ochotę dziś na taką prostą kolacyjkę. Później siedzimy przy piwie z kurutem wraz gospodarzami Stanisławem i bardzo miłą jego żona Anastazją do późnego wieczoru. Już przyszedł Morfeusz. Jutro dalsza droga.

 

 

06.08.2018

No cóż, znowu wczesne wstawanie i droga. Znowu plan przeskoczyć uciążliwy upał doliny Ferganskiej i jak najwcześniej dwa duże miasta Osz i Dżalalabad. Udaje się. Marek jest zafascynowany nazwą miasta Dżalalabad. Chcę przejechać się przez niego. Więc wybieramy drogę przez całe miasto. Nie powala architekturą. Małe domki jednorodzinne, czasami domy z czasów powojennych jedno i dwupiętrowe

z resztkami ozdób na fasadach. Tak jak w Osz, główną ulicą imienia przewodniczącego rewolucji październikowej z jego pomnikiem na głównym placu. Ciekawe, czy to zapomniany element historyczny

i przez opieszałość czynowników jeszcze tu stoi, czy faktycznie jego tu szanują. 

Ulice o złej jakości nawierzchni, zatłoczone. Miasto należy do brzydkich. Zatrzymujemy się przy przydrożnej czajchanie. Zamawiamy pyszną zieloną herbatę i samse (ciastka na kruchym cieście z mięsem i cebulą

w środku pokrojoną w drobną kostkę). Jak zawsze ściągamy buciory i gramolimy się na leżaki wyścielone dywanami i poduszeczkami, jak prawdziwi Kirgizi. Stołów i krzesełek nie uznajemy, to będziemy mieć

w Europie. Odpoczynek. Ale nie długi. Po ulicy obok przejeżdża motocykl starego typu. Sądząc po tym,

że motocyklista bez kasku, to miejscowy.

Jak on zauważył nasze motocykle schowane w cieniu drzew nie wiem. Po chwili wraca z pasażerem, też bez kasku. Chłopaczek lat 10. Zatrzymuje się przy naszych motocyklach, wita się, zaczynamy rozmowę. Nikolaj, chłopaczek to jego synek, jest mechanikiem i pasjonatem starych motocykli. Jego IŻ wygląda, jak eksponat muzealny. Chrom błyszczący, jak nowy, reszta wyczyszczone i pomalowane, niczego nie brakuje, tylko jeździć. Wszystko w motocyklu zrobił swoimi rękami. Marek przejechał się Iżem i bardzo mu się spodobał. Oprócz fascynacji motocyklami jest druga – paralotniarstwo, jest instruktorem. Bardzo nam się ciekawie rozmawia, ale czas goni, musimy jeszcze przejechać około 150 km i to nie najlepszą drogą.

 

 

Pamiętamy co powiedział Stanisław w Osz, że droga do Song Kull przez Kazarman należy do jednych

z trudniejszych górskich dróg w Azji Środkowej. Dlatego nie rozciągamy czasu. Mamy jeszcze znaleźć dobre miejsce na nocleg, bo z mapy satelitarnej nic mi się nie spodobało. Rzeka Naryn na satelicie wygląda na mętną. Na takiej nie chce się nocować, musimy szukać czegoś na miejscu i na bocznych rzeczkach. Dlatego trzeba zrobić to jeszcze za dnia. Żegnamy się z Nikołajem, dopijamy herbatę i ruszamy. Przy wyjeździe z miasta zatrzymujemy się przy bazarze i kupujemy, hm…., myślę że mało który motocyklista wpadnie na taki pomysł. My to praktykujemy od początku naszej podróży. Grzech nie skosztować miejscowych arbuzów i melonów. Z jednej strony torby ładuje arbuz z drugiej melon, w wersji motocyklowej. Takie nie duże po 5 kg. Trudno było o takie, bo wszystko ma ponad 10 kg i nic nie sprzedaje się na wagę tylko na sztuki.

Te liliputki wychodzą o wiele drożej, ale coś za cos.

Jedziemy ze 30 km pięknym asfaltem, gdzie

ta straszna droga? Zaczyna się tak gwałtownie,

że wątpimy, czy dobrze jedziemy. Koniec asfaltu

szuter bez gry wstępnej. Zatrzymuje my się

w pierwszej wiosce, pytamy. Kierunek dobry. W takim razie w drogę. Na początku nic nadzwyczajnego, droga kręci się wzdłuż rzeki Kogart w wąwozie. Szeroka, bardzo kurzącą, kiepska na ostrych wzniesieniach, gdzie jest poddana deszczowym wodom, które ją bezlitośnie wypłukują i ostrych zakrętach gdzie często jest wybierana przez boczne rzeczki i wybita przez samochody. Trzymamy dystans,

z powodu kamieni wylatujących spod kół i kurzu.

Na jednym z ostrych podjazdów spotykamy samotnego motocyklistę. Witamy się gestem, ale chyba coś jeszcze mamy do powiedzenia, bo on i ja zwalniamy i zatrzymujemy się. Musze wykonać kilka zapobiegawczych przymiarek do parkowania, żeby nie zrobić show w postaci, gleby. Wstyd by był tak wyłożyć się tu przy koledze. Z racji tego, że jadę pierwsza na mnie spoczywa komitet powitalny. Ściągamy kaski, podajemy ręce. Pada „o Lady”! Miło bardzo i nie typowo w takim miejscu i takich okolicznościach zrobić się Lady...Samotny podróżnik, to Chorwat. Jedzie już pół roku. Z Chorwacji dojechał do Mongolii i Chin i teraz wraca. Profesjonalny fotograf, robi zdjęcia podróży do magazynów podróżniczych. Tylko na takich drogach można spotkać takich ciekawych ludzi. Ruszamy dalej.

 

 

Przejechawszy około 50 km wzdłuż rzeki przed nami wstają wysokie góry. Na szczycie tak jakby droga. Niesamowite, czy my tam jedziemy? Po mapie wygląda na to, że tak. Ale przed nami góra, jak ściana, jak się tam wdrapać? Odpowiedz przychodzi szybko. Po stromej ścianie w górę wspina się serpentyna bez jakiś wstępnych zakrętów na rozgrzewkę...Zaczynamy wspinaczkę. Zakręty 180 stopni, nawierzchnia pogarsza się, miejscami trudno nazwać to drogą. Ale na prostych odcinkach droga znośna i szeroka. Pomału wyrabiamy taktykę poruszania się po takiego typie drodze. Już znamy jej specyfikę. Na prostych można pocisnąć, jeśli tylko prędkość 40-50 można nazwać ciśnięciem...na zakrętach spokojnie i ostrożnie. Nasze koniki buczą na drugim, czasami na trzecim biegu, ale są bardzo dzielne. My też. Widoki serpentyny pod nami niesamowite. Widoki gór tak samo urzekające. Czas nas goni, ale nie zatrzymać się i nie zrobić zdjęcia to karygodne. Robię zdjęcia nie schodząc z motocykla, czasami robiąc różne asany skręcone, balansując ciałem, żeby nie wywrócić się razem z motocyklem. Cena wysoka, chcę uchwycić widoki z tyłu, boku, chcę jak najwięcej mieć zdjęć z tej przełęczy. Jest urzekająca. Po drodze spotykamy kilku rowerzystów. Niesamowite, ile trzeba mieć samozaparcia, żeby wjechać do góry na rowerze naładowanym po brzegi, może błotniki, nie wiem jak to określić fachowo. Rozmawiamy z jednymi po drodze. Jadą już prawie rok. Plan dojechać do Chin do grudnia. Ambitnie bardzo. My przy nich to leniwce i nic nadzwyczajnego.

No i przełęcz Kuk-Art. Ashuusu (3318 m.n.p.m.) Mało mi, zajeżdżam wyżej po ścieżce. Marek śmieje się ze mnie, jak wrona, na najwyższą gałąź muszę usiąść. Hmmm…, znowu widoki powalają. Teraz widzimy doliny z jednej i drugiej strony. Widzimy też serpentyny w całej okazałości, tą którą przejechaliśmy i tą która przed nami. Wietrzysko takie, że trudno ustawić motocykl, chcę nam ich porwać.

Kawka z ciasteczkami (smak nieziemski) i w drogę. Droga podobna do tej w górę, z małą różnicą, jednak do góry łatwiej niż w dół.

 

W dolinie na dole zaczyna się nieprzyjemna droga. Niby szeroka, ale świeżo zasypana żwirem przy czym luźnym rzecznym. W tym koleiny ubitego żwiru, zrobione przez samochody, w których prowadzimy motocykle. Ale cóż to za nawierzchnia, tareczka, jak na desce do prania w starych czasach. Trzeba jechać dosyć szybko, żeby nie czuć każdego dołka tarki. Jednocześnie uważać, żeby nie wyrzuciło na nie ubity kamień. Bo w tedy zaczyna się niebezpieczne tańczenie jednośladem. Gdzieś obok rzeka Naryn, faktycznie bardzo mętna. Nie da się na takiej zatrzymać się, wykąpać się i zrobić kolacji. Musimy poszukać innego źródła wody. Nie jest to trudne, bo spotykamy bardzo dużo małych strumyków z krystalicznie czystą górską wodą. Ale jeszcze trzeba poszukać jakiegoś przytulnego miejsca, jak najdalej od kurzącej drogi.

Przy uwadze skupionej na drodze jednak trudno rozglądać się po bokach i szukać jakieś małej bocznej dróżki, lub ścieżynki.

Przy poboczu „przykucnęły” dwa motocykle. Jeden widać, że jest naprawiany. Obok człowiek w bandanie na głowie coś majsterkuje. Mechanicy z nas żadni, ale jak to wymaga etykieta drogowa, a jeszcze i w takich głuchych miejscach „nie zostawiać podróżników

w potrzebie” zatrzymujemy się. O dziwo, motocykliści to Polacy! Witamy się radośnie, wymieniamy swoimi wrażeniami z podróży.

To Piotr i Krzysztof

z Warszawy. Motocykle, duma polskiej techniki, stare oryginalne Junaki. Ich właściciele, pasjonaci tych wspaniałych maszyn. Naprawa, wyższy pilotaż. Rozkręcona i złożona skrzynia biegów! Wiedzą wszystko o swoich żelaznych koniach. Dobrze nam się rozmawia. My mówimy, że jesteśmy w trakcie poszukiwania miejsca na nocleg. Krzysztof i Piotr opowiadają nam o bardzo dobrym miejscu noclegowym nie daleko stąd. Po niedługich namysłach, postanawiamy wspólnie spędzić wieczór.

Miejsce fantastyczne. Towarzystwo też. Zjadamy arbuza, kupionego z Dzalalabadzie. Dobrze, że mamy towarzyszy do pomocy, jest nie duży, ale dla dwójki i tak nie pod silę. Długie rozmowy do późnego wieczoru. Obserwowanie pięknego nieba pełnego gwiazd z mleczną drogą i spadającymi gwiazdami. Trzeba by pomyśleć jakieś życzenie, ale tak szybko spadają, że nie nadążam. Już bardzo późno. Chowamy się do namiotów. Jeszcze przez chwile leżę i oglądam gwiaździste niebo przez odsłonięte okienko w namiocie i zasypiam.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

07.08.2018

Pobudka. Trochę późnawo. Późne kładzenie ma swoje prawa. Dobrze się śpi. Ale, przecież mamy urlop…

Szybkie śniadanie, zbiórka i na koń. O propos koni. Prawie zostałam stratowana przez konie tego poranka. Wracając z porannej toalety z naszego strumyczka, nagle z zakrętu wyłoniło się stado koni w pełnym galopie. Słyszałam, że ktoś nadchodzi i pogwizdywanie pastucha. Spodziewałam się najwyżej stadko owiec. Dziwne to, że konie mają bardzo cichy chód, kiedy nie są podkute. A tu takie zaskoczenie. Wyglądało to pięknie. Konie zwartym stadem na wąskiej dróżce, grzywy rozwiane w biegu, nozdrza rozwarte. Piękne i błyszczące

w słońcu. Nie miałam gdzie się podziać, bo droga była zarośnięta po bokach gęstymi krzewami, odskoczyłam na bok jak najbliżej krzewów. Kiedy konie mnie zobaczyły, stanęły, jak wkopane, prosto w miejscu. Z tyłu poganiał je pastuch, który nie widział mnie. Nie miały czasu namysłu, ruszyły galopem obok mnie gęsiego, zobaczyły nasz obóz na polanie i przy pierwszym prześwicie w krzakach, skręciły w zarośla. Takie wrażenia już od rana. Ciekawe co przyniesie ten dzień. Jest siódmy, a to moja liczba.

Żegnamy się z Krzysztofem i Piotrem. Obiecujemy sobie spotkać się, jeśli nie na drogach gdzieś na przestrzeniach, właśnie gdzieś…albo Polska. Nic nie jest w życiu przypadkowe, ludzie, zdarzenia….

Ruszamy w drogę. Przed nami droga na Song-Kull. Droga szutrowa, ciąg dalszy skupienia na tarce, luźnych nasypach i kurz. Mijamy dziwną inwestycję. Nagle piękny szeroki asfalt. Szeroki, jak pas lotniskowy długości około 10 km. Gdzieniegdzie sprzęt drogowy, ale nie wiele. Spotykamy ciężarówki z chińskimi znaczkami na burtach. Firma, która buduję tą drogę, chyba chińska. Z radości, że taka wreszcie piękna nawierzchnia, tracimy czujność i gubimy drogę.

Po drodze mamy nieprzyjemne spotkanie z wielkim psiakiem, wygląda groźnie, goni nas uparcie. Akurat trafiamy na kawałek bardzo rozbitej nawierzchni. Nie pogonisz, a psisko uparcie podąża za nami. Prędkość mu odpowiada, że by napędzić nam stracha. Trafiamy do miasteczka chińskich budowlańców. Na wjeździe stoi wartownik i pilnuje wjazdu. Ledwie dogadujemy się, prawie na palcach. Okazuje się, nasza droga została z boku i musimy zawracać. Ehh…, znowu to psisko. A najgorsze, okazuje się, że w tym czasie, póki prowadzimy rozmowy z chińskim wartownikiem. Przed nami przejeżdża polewaczka i obficie polewa drogę. Na drodze pomimo kałuż powstaję masełko. Psisko już przygotowane. No cóż, biorę go jako pierwsza. Goni mnie skubaniec uparcie, aż do górki z ostrym zakrętem. Musiałam przyhamować przed zakrętem, żeby nie wpaść w poślizg. Trochę się spociłam, ze strachu. Psisko z wielkimi zębami obok mojego uda. W głowie przerabiam, jak mu podstawie nogę w bucie, czy przegryzie grubą skórę buta. Z desperacji zatrąbiłam i pies naglę zatrzymał się. Czy ten dźwięk go zatrzymał, czy następny obiekt do prześladowania. Nie wiem.

A Marek, na gotowca. Zatrzymał się, otworzył kask i krzyknął na psiura i psisko wycofało się w krzaki.

Moja taktyka, tak zwanego uciekającego kota była zła. Ale któż by chciał rozmawiać z takim bydlęciem? Psiaki w Kirgizji wolne, pilnują stada, nie mają żadnych ogrodzeń i nie lubią jednośladów. Przeważnie duże

i groźnie. Są to czyste lub mieszańce alabajów. I ciekawa rzecz, te mieszańce są o wiele groźniejsze

i ambitniejsze w ganianiu motocyklistów.

Znajdujemy drogę i wjeżdżamy do miasteczka Kazarman. Cóż to za miasto! Okropne. Takie wrażenie, że zapomniane nie tylko przez ludzi. Ale sklep nas powala

z nóg. Przechodzimy próg, a tam…. Takie wrażenie, że trafiliśmy w środek Europy do supermarketu.

Dawno w takim nie byliśmy. Całą drogę odwiedzaliśmy sklepiki „misz masz” było tam wszystko na jednej półce mydło i powidło. Lub miejscowe wielobarwne azjatyckie bazarki. Chiński supermarket. Tu nawet za kasą chyba siedzi Chińczyk. Innej urody i zachowania, niż miejscowi. Choć, po rosyjsku rozumie. Małe zakupy. Wspaniały litrowy jogurt Ajran, wypity prosto na miejscu.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Znajdujemy stacje paliw, tankujemy

do pełna. Nigdy nie wiadomo jak dalej, lepiej być przygotowanym. Mamy dodatkowo pełny kanister przy moim motocyklu, ale to awaryjny wariant.

Na stacji stoi dystrybutor nazwa taką znajomą, domem powiało…ORLEN. Ale to tylko dystrybutor, nic wspólnego

z koncernem, antykwariat, a raczej złom. Coś mie dziwnie dudni w motocyklu. Na początku myślałam, że coś bije

w kufrze o ściankę. Sprawdzam - wszystko w porządku. Sprawdzam po kolejny wszystko, dochodzę do baku. Hm…, bak rusza się cały. Od drgań, gdzieś pod owiewkami poluzowało się mocowanie, a może i całkiem odkręciło się. Rozkręcanie wszystkich owiewek w tym motocyklu to nie minutna sprawa. Przychodzi do głowy pomysł inny, trochę taki babski. Zapasowa gumka do bagaży przymocowana do gmoli i bak siedzi mocno na miejscu.

Koniec zwiedzania miejscowej cywilizacji. Wyjeżdżamy

z miasta i ruszamy wydłuż szybkiej i mętnej rzeki Naryn.

I znowu zmyłka z drogami. W tych terenach chyba tak jest. Droga według GPS i mapy googla prowadzi na wprost.

Ale tam prowadzi dróżka w dwie kolejny, bardzo mało uczęszczana. A w lewo porządny most i szeroka droga. Na googlowskiej mapie, to droga donikąd. Wyciągamy naszą starą super mapę papierową. Mapa

z nami przeszła już nie jedną drogę. W zeszłym roku była dobrym pomocnikiem w górach Tienszaniu.

Hm…, ta mapa mówi co innego. Jedziemy dalej wg. jej wskazówek. Google podpadnięte.

Odjeżdżamy od rzeki i wkraczamy w góry. Zaczynamy powoli nabierać wysokość. Krajobraz robi się bardzo surowy. Kamienna pustynia. Zieleń tylko przy rzeczkach, a reszta kamień i sucha trawa. Jak ze zdjęć gór Afganistanu. Ludzi też bardzo mało, w większych dolinach z rzeczkami nawet nie przy drogach, a gdzieś obok małe wioski. Ale dziwne, nie jurty, tylko domy kamienne. Droga, jak to droga, standardowa. Szuter, tarka, serpentynki na przełęczach. Czasami bardzo wąska. Ten kawałek drogi można było zaliczyć do nudnych.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Przy jednej wsi spotykamy małe podróżniczki. Dosyć daleko zabrnęły od wsi na swój wiek. Trzy małe dziewczynki na rowerach. Jak wszystkie miejscowi dzieciaki pozdrawiają nas emocjonalnie, machając rękami. Zatrzymujemy się. Dziewczynki bardzo chętnie rozmawiają z nami. Opowiadają, jak mają na imię, skąd są. Dzielimy się z nimi czekoladą. Kiedy dostają czekoladkę, dziewczynki szybko wycofują się na odległość

i zaczynają podział zdobyczy. My przy okazji postoju piejemy kawkę i ruszamy dalej.

Wjeżdżamy na przełęcz Kara-Koo Ashuusu (2625 m.n.p.m.). Na samej górze stoi jurta. Tu mieszkają pastuchowie. Właśnie wyruszyli po dach zabitym pustymi butelkami i kanistrami audikiem 80 z przyczepką. W przyczepce takie same butelki i kanistry. Zatrzymują się, wypytać skąd jesteśmy. Pastuchy jadą na dół po wodę.

Przed nami w dole dolina rzeki Naryn. Koryto rzeki olbrzymie. Widocznie wiosną jest pełne. A jakie dziwne góry w tej dolinie. Pustynia, beż oznak życia i zieleni. Pasiaste. Wszystkie odcienie od koloru białego do żółtego. Jesteśmy w zachwycie od serpentyny wiodącej w dół. Ktoś nieźle nakręcił, przydeptując tą drogę. Według mapy mamy nasz końcowy punk na wysokości 3200 w górach. Tu takich nie widać. Czy tak daleko jeszcze?

Kręcimy starannie serpentynki na drugim biegu. Zasada nie sprawdziła się. Wjeżdżaliśmy na minimum trzecim biegu, a tu i dwójka przydała się. Bardzo pustynna dolina. Jest rzeka, ale zieleni znikomo. Wbrew jednak zasadom, pustynia dosyć zaludniona. To tu to tam wioski i dosyć duże. Czym oni tu się zajmują?

 

Droga staje się jeszcze ciekawsza. Kamienia tu nie pożałowano.

No cóż, obok rzeka z korytem, jak olbrzymia żwirownia. Prosto z niej wożą ten kamień i rozsypują grubą warstwą. Na tym kończą się roboty drogowe. Resztę roboty robią miejscowe kierowcy. To co utopi się

i ubije, przetwarza się w porządną tarkę, a reszta zjeżdża na boki

i pomiędzy kołami. Jak już wjechałeś do „tunelu” trudno wyskoczyć. Jedziesz jedną koleiną cały czas. Czasami koleina źle ubita i dosyć cienkie koła krosa wrzynają się w kamień. Zmiana koleiny

na prędkości jest dosyć niebezpiecznym przedsięwzięciem. Tu już zaczyna się taniec i kombinacje. Marek

z tyłu trąbi, zatrzymuje się. Okazuje się na tarce oderwało się mocowanie wszystkich przewodów przy przednim kole. Robimy prowizorkę na sznurkach, żeby nie latało.

Ruszamy. Jeszcze dobrze się nie zaczęło „tarkowanie”, jak niespodziewanie rzuciło mnie na głębszy kamień. Walczę! Kierownicę rzuciło w jedną stronę, drugą i tak kilka razy. Próbuję wyrównać, wydaje się, że już jest dobrze, ale jednak następne szarpnięcie kierownicy było tak mocne, że motocykl wbił się w głęboki kamień

i zatrzymał się na miejscu. Lecę przez kierownicę z okrzykiem aaa.

Spotkanie z ziemią, najpierw głowa, czuję, jak kamienie skrzypią po szybie kasku, potem ciało i na koniec całym impetem nogami

o ziemię. Nie ma co leżeć. Ruszam końcówkami. Wszystko działa. Siadam i zaczynam sprawdzać straty. Ze strachem myślę, co

z motocyklem. O dziwo, ten jeśli by mógł sam by wstał. Żadnej ryski! Ja, trochę potłuczona. Prawa ręka boli w ramieniu, ale mogę ruszać, prawda z bólem, dają znać żeberka, że istnieją i coś tam pobolewa

w nodze w kostce. Stwierdzam, że tylko mocniejsze uderzenie.

A to wszystko znaczy, że nic nie złamano, tylko pobito. Taka pobita

i jeszcze w lekkim szoku siedzę przez 15 min na poboczu. Marek biega w kółko, jak oparzony. Nie wiadomo kto tu latał. Nie ma

co rozsiadać się. Miejsce brzydkie i bardzo zakurzone. Ruszamy dalej.

 

 

Trochę nam się obniżyła prędkość. Jadę ostrożniej, żeby nie urażać prawej ręki. Wyprzedza nas dwóch motocyklistów. Słowak i Czech. Machamy sobie. Ja z zazdrością patrzę, jak oddalają się od nas.

 

Mamy jeszcze według mapy 50 km do Song Kulla. Wjeżdżamy do pięknych gór. Te góry podobne do Tienszaniu. Łączki, a pomiędzy nimi luźno stojące wysokie świerki, wąskie jak świeczki. Przy drodze wesoło szumi górska rzeczuchna. Zaczynamy wdrapywać się do góry na te 3200. Standardowo, serpentyna, szuter

na prostej, wybite podobieństwo drogi na zakrętach. Już znamy ten styl jazdy, dlatego idzie sprawnie.

No i widoki, widoki i jeszcze raz widoki. Spieszymy się, bo chcemy dotrzeć jak najszybszej na miejsce. Chcemy zobaczyć zachód słońca nad jeziorem. A tak szkoda, bo też chce się zatrzymywać prawie każdy zakręt i robić zdjęcia. Wybieramy opcję skromniejszą. Robimy zdjęcia, ale nie co zakręt…

 

 

Wjeżdżamy na przełęcz Moldo-Ashuu ostatni zakręt za górę i otwiera się panorama na jezioro. Widokówka

z magazynu podróżniczego. Ogromny płaskowyż, bez jednego drzewa lub krzewu. Zielone pagórki na całej przestrzeni. Dużą tafla wody bez jednego ruchu, a w niej odbicie gór, nieba i chmur. Stada bydła i koni. Jurty gdzieniegdzie. Absolutny spokój i cisza. Wszystko, jakby zastygło w bezruchu. Wszystko o w promieniach zachodzącego słońca. Z wschodu naciągają deszczowe czarne chmury, gdzieś w promieniach zachodzącego słońca widać smugi deszczu.

 

Postanawiamy dziś nie rozbijać obozu i ze względu na mój lekko pobity stan zatrzymać się na kampingu jurtowym. Jest tu tego pod dostatkiem. Nie narzucające się, to tu to tam skupisko jurt z małymi tabliczkami informującymi o usługach kampingowych. Skręcamy na jeden z pierwszych. Młoda dziewczyna pokazuję mnie jurtę dla nas. I mówi, że niestety będziemy tylko

w dwójkę. Jak to, niestety? Bardzo nawet stety. Nie potrzebujemy towarzystwa, chcemy spokoju i intymności. Jurta malutka, w środku trzy łózka polowe i koza podobna do tej, która była w jurcie w obozie alpinistów. Dziś bardzo potrzebuję łóżka na moje obolałe kostki. Trochę obawiam, jaki mój stan będzie jutro. Czy dam radę jechać, czy nie rozkleję się w nocy. Na trzecie łóżko położyliśmy spać kaski :) 

 

Ze zdziwieniem odkrywamy, że naszymi sąsiadami są znani już nam Słowak i Czech. Teraz już oficjalne przedstawienie się. Marcin

z Bratysławy i Paweł z Liberca.

I znowu ciekawa znajomość. Okazuje się wcześniej też poznali Krzysztofa i Piotra, nawet jechali z nimi razem pierwszy dzień.

Dużo opowiadań o przygodach w Kirgizji. Dużo śmiechu. Mieliśmy wspólną kolację przygotowaną przez właścicieli kampingu oraz skosztowaliśmy nasz melon z Dzalalabadu.

Pora do łóżek. Wchodzimy do jurty, a tam sauna. Pali się koza, otwór drzwiowy przysłonięty grubym wojłokiem. W środku można chodzić na golasa, a na zewnątrz około +3 stopnie. Wietrzymy, ale wiele

to nie daje. Koza rozpalona do czerwoności. No cóż idziemy spać…bez piżamek.. Trochę dokuczają potłuczenia, ale nie tragedia.

 

Dzień był pełen przygód. Podsumowując, jednak siódemka szczęśliwa liczba.

Zasypiamy szybko.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

08.08.2018

Budzimy się już z przyzwyczajenia około 7 miejscowego czasu bez problemu. A w Polsce jeszcze noc. Ciekawe, jak to będzie, jak wrócimy do domu. Zasypiamy też bardzo sprawnie wg miejscowego czasu.

Piękny poranek. Nad nami czyste niebo. Deszcze przeszły obok. Idziemy zwiedzić brzeg jeziora i sprawdzić wodę. Choć wszystkie przewodniki mówią, że woda w jeziorze nie do kąpania, Marek ma chętkę na wykąpanie się w jeziorze. Idziemy po dziwnym podłożu. Jakby kępy gęstej trawy. W trawie kwitną szarotki. Przy każdym kroku, nad trawą podnoszą się chmary owadów. Podobne do komarów, ale absolutnie nie interesują się nami. Podchodzimy do wody. Ani brzeg ani woda do kąpania nie nastraja. Po chwili podziwiania widoków, wracamy do jurty. Sprawdzamy stan motocykli, prowizorkę przy przednim kole i baku. Próbujemy wraz z naszymi kolegami motocyklistami odkręcić owiewki, ale nie taka prosta sprawa – siedzenie i wszystkie bagaże do zdjęcia. Machamy ręką. Dojedziemy na gumce. Dobry patent. Okazuje się, że tarka też załatwiła nam tylne gmole na sakwę. Gdzieś zgubiliśmy śrubę i jeden gmol trzyma się tylko na jednej śrubie. Znowu kombinację i prowizorki. Jak tak dalej pójdzie, zabraknie nam sznurków i gumek…

Śniadanie, pakowanie i już gotowi w drogę. Żegnamy się z nowymi znajomymi do następnego razu, siadamy na koniki i ruszamy.

Jedziemy drogą wokół Song-Kull. Bardzo malownicza. Po drodze spotykamy liczne stada. To tu to tam, bardzo dobrze wpisane w całokształt obrazu białe plamki jurt. Śmieszne „nie opierzone” osiołki stoją tuż przy drodze. Paradise.

 

 

Skręcamy w prawo i zaczynamy oddalać się od jeziora. Żegnaj piękny i surowy Song-Kull!

Jedziemy w górę. Też pięknie. W dole przepiękna panorama jeziora.

Dojeżdżamy do zjazdu. Takie wrażenie, że ktoś bawił się tworząc ten epizod z jeziorem. Płaskowyż, a ze wszystkich stron strome ściany. Jezioro tak, jak by było na stoliku. A co to zjazd! Ten przebił wszystkie poprzednie swoją myślą technologiczną. W wąskim wąwozie, prawie pionowym, droga wykręca się jak to tylko możliwie dla drogi. Można chyba byłoby iść prosto, używając drogi, jak schodków. Kilkadziesiąt metrów i zakręt 180 i tak do samego dołu. A na dole, w dolinie pomiędzy górami daleko widać naszą drogę wzdłuż rzeki.

 

No i kręcimy. W jedną, w drugą. Przydała się czasami i jedynka. Zjazdy na zakrętach były tak strome, że jazda na dwójce wydawała się za szybka, nie chciałoby się wyskoczyć z drogi na wprost… zbyt stromo do takich wyzwań. No i tak pomalutku powolutku jesteśmy na dole. Reszta drogi do głównej trasy Biszkek-Naryń pokonujemy bez jakichś większych wyzwań. Szuterek lajtowy, trochę zakrętów.

Na jednej z przełęczy robiąc zdjęcie motocyklom na tle pięknej panoramy zauważam, że czegoś brakuję

w jednym motocyklu. Ale czego? Zaczynam porównywać motocykle. Bingo! W jednym brakuje… tablicy rejestracyjnej!!! Odłamał się kawałek nadkola tylnego. To ta tarka załatwiła sprawę! Od razu pytanie, gdzie mógł odpaść, czy wracamy, jak dalej jechać bez tablicy? Burza mózgów. Ale spokojnie, pomyślmy spokojnie. Zaczynamy po zdjęciach odtwarzać tok zdarzeń, gdzie to mogło stać. No tak na tym najgorszym kawałku drogi, w dolinie rzeki Naryn. Ostatnie zdjęcie, gdzie widać tył motocykla i tablicę to zjazd do doliny. Później zdjęcia z innej perspektywy. Ale, czy znajdziemy ją? Przecież mogła odlecieć na pobocze i tak jej nie zauważymy. Czy można tak jeździć. No nie. Ale z drugiej strony, który policjant stojący z suszarką na drodze odwraca się do tyłu. On jest zajęty swoją suszarką i zbieraniem daniny. Gorzej gdzieś w mieście, jak będzie jechał policyjny wóz za nami. Ale miast przed nami mało i szanse na taki scenariusz znikome. Ryzykujemy i ruszamy dalej.

Asfalt. Po około 600km szutrów, to już jazda, jak po maśle. Powiem, że nuda. Mamy zamiar dziś zatrzymać się na nocleg na jeziorze Issyk-Kull. Jeszcze mamy z 100km do celu. Ale co to za problem na takich drogach. Prujemy do celu. Po drodze spotykamy stadko wielbłądów dwugarbnych. Zatrzymujemy się i robimy zdjęcia. Pastuch pędzi ich przy samej drodze. Idą majestatycznie, z głową do góry, ale bardzo uważnie obserwując nas. Nie podoba się im mój kask, jak to wszystkim żyjątkom Kirgizji.

Ostatni sprzeciwia się, przejście obok mnie - straszne…

Ostatni kawałek drogi przed Isyk-kullem mamy bardzo kiepski. Dziury spotykają się przez całą drogę po kolana. Trzeba uważać. Przed nami Issyk-kull. Teraz pytanie, gdzie znaleźć miejsce na nocleg. Tu chyba wszędzie uprawiają morele. Przy każdym podwórku stoi wiadro z morelami na sprzedaż. A jak wyglądają, poezja. Piękne, dojrzałe, próbujemy, faktycznie, tają w ustach. Postanawiamy kupić na kolację. Kręcimy się, szukamy dróżki w bok. Jest. Wygląda obiecująco. Ruszamy po piachu w głąb w trzciny. I faktycznie miejsce bardzo dobre na nocleg. Droga daleko, nie ma żadnych domów w okolicy. Spokój. Tego co najbardziej potrzebujemy i lubimy.

Rozkładamy się na nocleg. Skromna kolacja, kąpanie

w Issyk-kullu. Jeśli to można nazwać kąpanie. Woda po kolana na kilometry. Na południe czarne burzowe chmury, wyglądają groźnie, mogą przyjść tu. Powiewa burzowym wiatrem. Jest jeszcze jasno, ale tak wieje nieprzyjemnie, że chowamy się do namiotu. Leżymy, planujemy jutrzejszy dzień. Dyskutujemy, czy jeszcze gdzieś wyruszyć na jeden dzień, czy jednak zmierzać do Biszkeku. Tak było zaplanowane, że jeden dzień będzie zapasowy na jakieś nie przewidziane rzeczy. Jednak mieliśmy fart, wszystko było według planu, jak po linijce. A wszystkie ciekawe miejsca daleko i na to potrzebne co najmniej dwa dni. Nie przychodzimy do wspólnej decyzji. Jutro będzie jutro

i będziemy zastanawiać się, co robimy. Zobaczymy, jaka będzie pogoda jutro. Zasypiamy.

W nocy wieje mocny wiatr, ale bez deszczu. Są obawy, że namiot może nie wytrzymać takiego chrztu. Niby jest przywiązany do motocykli.

Ale jednak. Wytrzymał. Nie pofrunęliśmy.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

09.08.2018

Budzimy się , jak tylko słoneczko wychodzi zza górek. Pierwsze co robimy ustalamy plan na dzień. Gdzie

w końcu jedziemy. Na naszej mapie znajdujemy informację, że

w górach niedaleko Biszkeku są gorące źródła. Może tam ruszyć? Wieczorem będziemy w Biszkeku.

Telefon do przyjaciela. Czy warto? Mówi, że to takie coś jeszcze z lat rozkwitu ZSSR. Ale można zobaczyć,

jak ciekawostkę historyczną.

Kąpanie w Issyk-Kullu. Śniadanie i pakowanie. Ruszamy.

Kawałek jedziemy drogą do Biszkeku, W Tokmok skręcamy w kierunku gór. Mały postój na obiad

w przydrożnej knajpce, jak zawsze bardzo pyszny. Przejeżdżamy basztę Burana. Nie zatrzymujemy się, już byliśmy tam w ubiegłym roku. Droga wije się przedgórzami gór Alatoo, wioski, pola, sady. Jedziemy

do miejscowości Isik-Ata. Już góry. Piękna górska rzeka też takiej samej nazwy, jak miejscowość towarzyszy nam od tego momentu. Jest taka czysta i bystra. Po brzegach dużo obficie obsypanego jagodami rokitnika. Te owoce bardzo tu cenione. Zresztą, jak w całym byłym Związku Radzieckim. Z nich robią różne przetwory, zaczynając od oleju i kończąc różnymi dżemami i marmoladami. Spotykamy dużo rybaków na brzegach rzeki. Widocznie rzeczka obfita w rybę. Myślimy, że to pstrąg. Bo cóż by mogło być jeszcze w takim szalonym nurcie.

Dotarliśmy do miejsca. To taki niby ośrodek wypoczynkowy. Ochroniarz przy bramie wpuścił nas do środka. Chętnie wyciąga rękę na przywitanie. Zdejmuję kask. Bulwersacja. Baba! Chowa rękę za plecy J

Pokrążyliśmy po ośrodku, okropne miejsce. Stare budynki, miejscami chyba nie dokończone. Nic. Idziemy do basenu z gorącą, termalną wodą. Nie zachwyca. Takie wrażenie, że trafiłam w dzieciństwo na Kamczatce do takich samych otwartych basenów z wodą termalną. Jest czysto, ale bardzo prymitywnie. Myślę, wypadło by to o wiele korzystniej w zimowym okresie, kiedy dookoła leży śnieg. Teraz otwarty basen z gorącą wodą, a jeszcze przy temperaturze +30 nie nastrajał do kąpania. Nic, przebieramy się. Nie po to jechaliśmy tu, żeby tylko obejrzeć basen z czasów ZSSR, trzeba jednak skosztować.

 

Włazimy do gorącej wody. Na początek nie zbyt przyjemnie. Ale po kilka minutach przyzwyczajamy się

i nawet sprawia to jakąś przyjemność po dniu spędzonym w siodle motocykla. Długo nie ma co tu robić. Kąpanko skończone. Ruszamy w stronę Biszkeku. Po drodze kawka przy rzeczce.

Wracamy tą samą drogą, ale zaraz, zaraz. Nasz przyjaciel mówił, że jest jakaś inna droga do Biszkeku, przez góry. Wracamy kilka kilometrów i faktycznie, jest droga, ale szutrowa. Już widzę po Marka minie, co myśli

o mnie i tym wszystkim. Napewno burczy pod kaskiem pod nosem: „mało jej szutru i kurzu, musi na koniec jeszcze zaliczyć atrakcje…” uparcie ruszam naprzód.

Droga o wiele ciekawsza i ładniejsza niż poprzednia. Mało miejscowości i widoki na góry i przedgórza bardzo malownicze. Bardzo mały ruch samochodów.

Około godziny 17 wkraczamy do Biszkeku. Miasto zatłoczone. Samochód przy samochodzie. Trzymamy ucho w ostro, ale przedzieramy się przez korki klasycznie.

Z lewej, prawej i już na skrzyżowaniu. Temperatura w mieście około +40, a może

i więcej. Jest bardzo gorąco. Dobrze, że jest jakiś ruch i nie stoimy w korkach, jak samochody. Zaczyna się gotować paliwo

w bakach. Już zostało kilka kilometrów do mety.

W pewnym momencie mój motocykl odmawia posłuszeństwa. Na światłach przy ruszaniu, nagle gaśnie i nie chcę odpalić. Po inercji przejeżdżam skrzyżowanie i staję na poboczu. Chyba za ciepło mu…Czekamy. Jeszcze raz próbuję znowu odpalić, ufff, jedziemy.

Reszta drogi przepychamy się już bez niespodzianek.

Meta!!! Jesteśmy na miejscu. Teraz kąpanie motocykli i reszty bagaży. Wszystko jest ulepione drobnym kurzem. Całe błoto z Sari-Cheleka odpadło wcześniej samo. Został kurz Kazarmanu i doliny Narynia. Około godziny nam schodzi na czyszczeniu sprzętu. Przyjeżdżają chłopaki odebrać motocykl. Pokazujemy straty poniesione w drodze. Oddajemy motocykle. Od dzisiaj już tylko cztery kółka. Nie wiem , jak Marek ale

mi jest przykro. Nie najeździłam się jeszcze. Motocykl, to taka wolność dla mnie!

 

 

Podsumowanie:

Zrobione 2300 km, z tego około 600 km szutrami. W podróży 9 dni. To nasza pierwsza taka długa podróż

i w takich warunkach. 

Nie wystraszyła nas. Przyniosła nam tyle radosnych i szczęśliwych chwil. Tyle zachwytu i adrenaliny.

W następnym roku już są plany. Może Pamir, Tadżykistan i Uzbekistan? Może też coś w Europie

na „rozgrzewkę” Rumunia, Chorwacja? Tyle jeszcze nie zwiedzonych zakątków, trzeba zdążyć zobaczyć!

„Pamiętaj, nie daj sobie wmówić żeby nie żyć dniem codziennym” Ostatnie słowa skierowane do mnie naszego umierającego przyjaciela Zbyszka.

Trzymam się tego.

 

10-12.08.2018

Wracamy na Issyk-Kull już samochodem, z kirgiskimi przyjaciółmi. Urządzamy sobie plażing na północnym brzegu jeziora, tym bardziej cywilizowanym. Z przerwami na małe wycieczki po okolicach.

 

Podróżujemy wspaniałym Lexusem. Jednak jakoś smutno….. Czegoś brakuje w tym lexusie… WOLNOŚCI!!!

 

 

13.08.2018

Powrót do Biszkeku i wyprawa do Kazachstanu. W planach, spotkanie się z naszymi kazachskimi przyjaciółmi, zwiedzanie Alma-Aty, południowego Kazachstanu do Kanionu…. I jezior….. Droga powrotna Ladą Niva do Astany. A to już następna opowieść….

 

 

OK

ok.Edelweiss

BLOG PODRÓŻNICZY 

KIRGISTAN 2018