11 października 2022

To było marzenie od momentu kiedy jazda motocyklem zaczęła sprawiać nam wielką frajdę. Dostaliśmy "wiatr w żagle" :) A marzenia trzeba spełniać! Zaczęły się przygotowania do drogi. Daliśmy "hasło" naszym przyjaciołom, że jedziemy i może ktoś chciałby do nas dołączyć. Zawsze to weselej i raźniej w dobrym towarzystwie. I dobre towarzystwo się zebrało - siódemka pragnących nowych wrażeń. Nie wszyscy motocyklem, część postanowiła jechać samochodem. Bilety kupiliśmy do Alma-Aty w Kazachstanie. Z tamtąd "marszrutką" do Biszkeku gdzie wynajęliśmy motocykle i samochód. No i przygoda się zaczęła.

 

      

 

W Biszkeku dołączyli do nas kirgizcy przyjaciele z jednym motocyklem i samochodem. Postanowili przejechać się z nami do granicy Tadżyckiej. 

       

 

 

Bardzo malownicza droga z Osz do Sary-Tash. 

 

               

 

Zboczyliśmy w stronę Piku Lenina. Majestatyczny siedmiotysięcznik w towarzystwie podobnych sobie. Plan - zanocować na bazie alpinistów pod Pikiem.     W miejscu które znaliśmy z poprzedniej eskapady

        

 

 

                  

 

Pik Lenina ( z prawej) - 7143 m.n.p.m

 

      

 

Byliśmy gośćmi w kirgizskiej jurcie. Częstowano nas regionalnymi potrawami i smakowitą herbatą z ziół zbieranych przez córkę gospodarza tuż obok w górach

          

 

W jurcie byli też gości gospodarza jurty.  Przyjechali na takim osiołku :) Pani domu gotują plow (mięso barana z ryżem)

         

 

 

czas się żegnać z naszymi kirgiskimi przyjaciółmi. Rano wracają do Biszkeku, my lecimy dalej na południe.

         

 

Przed nami nasz cel PAMIR HIGHWAY!                                        

       

 

GRANICA! Pogranicznicy kirgizscy na granicy kirgizko - tadżyckiej dali nam w kość. Trzeba było uzbroić się w cierpliwość...czyżby coś chcieli? Tak....papierki różnego formatu i koloru. Ten dokument był nie taki, tamten nie tak wypisany ;) Po kilka godzinowych zmaganiach, wreszcie ruszyliśmy dalej. Pomiędzy granicami mamy  20 km ziemię niczyjej i przełęcz 4300 n.p.m.

       

 

      

 

Tu było topienie...Oksany :) Lekki i wysoki "koziołek" Marka przeskoczył szybko przez górską rzekę, a mój "rumaczek" zawiesił się na kamieniach .... A że prąd rzeki był górski, motocykl szybko zrobił się tamą rzeczną i zabrakło mi sił stawiać opór. Dzięki Markowi udało się utrzymać motocykl i nie położyć na dno.....skończyło się tylko spadniętym łańcuchem i mokrymi ubraniami po pas. 

 

 

Słone bezodpływowe jezioro Kara-Kul w kraterze meteorytu.Położone na wysokości 3650 m.n.p.m. O powierzchni 380 km2. Bardo pustynnie, surowo i          pięknie. Temperatura nie rozpieszcza, jest około 11-15 C. Te słupki to granica z Chinami.

      

Pierwsza cywilizacja od dwóch dni. Wioska Karakuł nad samym jeziorem Kara-Kul.  Miejscowi mówią, że mieszkają tu tylko latem i zajmują się wypasaniem bydła (jaków). Zimą wracają do Kirgizji, do miasta Osz i okolic. Większość mieszkańców to Kirgizi

  

Po kąpieli w górskiej rzece i przejechaniu w mokrych ubraniach w dosyć nie komfortowych motocyklowych temperaturach byliśmy szczęśliwi znajdując mały hotelik w wioseczce. Gospodyni zrobiła nam smaczną kolacje. Grzaliśmy się i suszyli przy kozie. Takie kolorowe klimaty dywanów i poduszek. To jeden z najwspanialszych hoteli w naszym życiu, które nam uratował przed zamarznięciem.

       

 

 

      

 

   Najwyższy punkt naszej wyprawy. Przełęcz Ak-Bajtal 4665 m.n.p.m

        

 

A żeby było dla równości, weszliśmy na pobliski szczyt na 5000 m.n.p.m. Było ciężko w butach motocyklowych po rumowisku, ale warto. Widoki we wszystkie strony z tamtą byli nagrodą za wytrzymałość. No i obiecałam Markowi 50 te urodziny na 5000 metrów

        

 

Absolutne pustkowia. Kamień różnego koloru, kolor zielony znikomy. Woda słona i niezdatna do picia.

                

 

 

 

 

        

 

Czasami droga z kamiennej zmieniała się w piaskownicę.                                                     

    

 

Dotarliśmy do granicy z Afganistanem. A właściwie z wąskim pasem ziemi afgańskiej nazywanej Korytarzem Wachańskim. Korytarz całkowicie oddziela Tadżykistan od Pakistanu, ciągnie się 300 km wzdłuż Tadżykistanu, a szerokość miejscami osiąga do 15 km.  Granicą jest rzeka Pandż, która na początku była malutką górską rzeczką, potem zmieniała się od wielkich rozlewisk do szaleńczo rwącego potoku.Dotarliśmy dosyć późno. W planach było postawienie namiotów nad jednym z malowniczych jeziorek, spotykanych po drodze. Ale wiał tak mocny wiatr i całkowity brak czegoś na osłonę od niego gnał nas dalej. W końcu na samej granicy okupowaliśmy pusty dom. Był zamykany na drut. Ale w środku było wszystko niezbędne dla awaryjnego zatrzymania. Kasza, sól, drewno na rozpałkę w kozie, świeczki. Taki dom dla zabłąkanego podróżnika, potrzebującego schroniska. (A być może dla przemytników lub zołnieży bojówek talibskich) Zasada takich domków w takich trudno dostępnych miejscach - nic nie brać, a jeśli masz coś co możesz zostawić z prowiantu, zostaw.  Dobrze odpoczęliśmy tam na drewnianych pryczach.Zawsze jakaś namiastka luksusu...Nazwaliśmy to miejsce Sheraton :) Choroba wysokościową objawiająca się m.in. problemami gastrycznymi dopadła wszystkich a że w nocy była gdzieś w oddali w dole w Afganistanie burza - jej widok w połączeniu z niesamowicie gwiaździstym niebem będzie niezapomniany.

 

       

 

 

Droga wzdłuż granicy i rzeki Pandż.        

 

        

 

 

         

 

 

         

 

Na samym południu, gdzie rzeka robi rozlewiska zaczynamy spotykać zieleń i wioski. Najbardziej rozpowszechniony środek transportu na Pamirze - osiołek.

    

 

W pierwszej wiosce zapytałam miejscowego przechodnia, czy mają może w okolice jakąś jadłodajnię do zjedzenia czegoś na gorąco. Zaprosił nas do siebie. Szybko urządził nam stół nad górskim potokiem. Jego żona poczęstowała nas bardzo prostą ale sytną zupą. Na stole było wszystko "czym chata bogata" cukierki, ciasteczka, morele z sadu, dżemy i smaczna domowa herbata.No i pierwsza stacja po tylu kilometrach - AZS. Kanistry z zapasem paliwa robiły się co raz lżejsze....Stacja coś na podobieństwo naszych stacji... :))) można kupić paliwo, jedzenie i czego tylko ....co jest na półkach sklepiku. Pan prowadził dwa biznesy równolegle. Nalewa z cysterny do 15 litrowego kanisterka (to jest miarka) a dalej do baku motocykla/samochodu. Obok prowadzi sklep przez drogę, typu "szydło, mydło i powidło".  Nawet my skorzystaliśmy, kupując smaczne ciasteczka ... Ale trzeba było wiedzieć, że Pana się woła ze sklepu na tankowanie.  Staliśmy pod budynkiem AZS około 20 minut póki nie zlitowali miejscowi, którzy nas obserwowali i nie podpowiedzieli nam o tym :)

        

 

  Za rzeką Afganistan, a na szczytach gór granica z Pakistanem. Najwęższe miejsce Korytarzu Wachańskiego.

 

       

 

Miejscowe dziewczynki. Tu przy granicy Afgańskiej staraliśmy się nocować bliżej ludzi. Jak tylko rozbiliśmy namioty, już mieliśmy towarzystwo.  Bardzo otwarte i odważne dzieciaki. Ta z lewej mała dziewczynka miała niewiarygodne błękitne oczy. Jak mówi legenda wpominana jeszcze przez Marka Polo, narodowości zaludniające te tereny są potomkami Aleksandra Macedońskiego. Faktycznie do dziś uważają siebie za potomków Aleksandra Macedońskiego i zwykli są na dowód tego wskazywać tych spośród siebie, którzy mają jasną cerę, niebieskie lub zielone oczy, tak rzadko spotykane u Tadżyków z innych rejonów kraju. 

 

                   

 

Po drodze odwiedziliśmy gorące źródła Bibi Fatima. Źródła nazwane imieniem córki proroka Mahometa. Jeśli odrzucić wszystkie legendy krążące o tym źródle, faktycznie ma cudowne właściwości. O każdej porze roku mają stałą temperaturę wody, ponad 40 C. Woda zawiera rodon, a także szereg innych pierwiastków, które stosuje się przy leczeniu wielu chorób. Żródło gorącej wody wypływa ze skaly w dwóch miejscach nazywanych "rękawami Fatimy".  Kolorowe ściany to wynik minerałów obecnych w wodzie. Z przyjemnością skorzystaliśmy z nich po tygodniowym kąpaniu tylko w górskich, lodowatych rzekach. Naturalne wodospady spełniały rolę biczów wodnych o różnym natężeniu

                    

 

 

Typowe domy mieszkańców tych rejonów Tadżykistanu i Afganistanu.

 

      

 

Pustynie na wysokości 3000 m.n.p.m

 

      

 

 

 

         

 

 

Niesamowita rzeka Pandż. Rwąca i mętna.

 

 

          

 

 

Zaczęliśmy zjeżdżać w dół a temperatura na słupku Celsiusza zaczęła iść w górę. Kąpanie odbywało się w ubraniach, żeby zatrzymać jak najdłużej niższą temperaturę.

 

              

 

A nawet i tak

 

 

 

Gorące źródła Gharm - Chashma. Tylko obejrzeliśmy ich zewnątrz , gdyż nikt z nas już nie był w stanie wejść do gorącej wody przy temperaturze powietrza ponad 30 C.

 

Zapytaliśmy o nocleg w tej zielonej dolinie u gospodarza i byliśmy bardzo ciepło przyjęci. Gospodarz zrobił nam stół na dywanach z poduszeczkami, choć pytaliśmy tylko o miejsce na postawienie namiotów, przyniósł chleb, gorącą herbatę i swojskie dżemy.

     

 

Pamir za nami. 200 km przed Duszambe nagle pojawił się przepiękny asfaltowy dywanik, a mój motocykl w tym momencie zrobił taki numerek. Na pustkowiu, same kamienie, słońce w zenicie i 40 stopni plus. Jedyne schronienie od skwaru ...cień motocykla. Póżniej zrobiliśmy sobie całkiem zgrabne zadaszenie ;) Samochodów znikoma ilość, przeważnie tylko naładowane ciężarówki z chińskiej granicy. Skontaktowaliśmy się z chłopakami, które wypożyczyły nam motocykli w Biszkeku. Szybko znaleźli dobrego mechanika motocykli i nawet mechanik obecywał poszukać części, ale co dalej? Jak przywieźć motocykl do Duszambe.

           

 

Po godzinie nagle podjechał do nas IŻ. Okazuje się, że ktoś już przekazał miejscowym, że mamy problem. Bardzo pragnęli nam pomóc. Wypytali, obejrzeli i wrócili po pół godzinie z kluczami i zapasowym łańcuchem. Niestety wszystko na nic. Zerwany łańcuch do naprawy nie nadawał się, zębatka była skrzywiona a zapasowy łańcuch od IŻa nie pasował. Zbliżała się noc, więc zaprosili nas do siebie na nocleg, żeby następnego dnia szukać transportu motocykla do Duszambe. Założyliśmy zerwany łańcuch awaryjnie i cichym chodem doczłapaliśmy 20 km do ich wioski. Nakarmili nas pysznie przyrządzoną baraniną, warzywami i owocami z własnego sadu. Spać położyli nas na dywanach na tarasie przy domu. W trakcie rozmowy okazało się że to nasi koledzy po fachu - MIEJSCOWI LEŚNICY... niesamowita sytuacja wobec faktu że lasu który znamy w naszym pojęciu tam nie ma.

        

 

Rano, jeszcze przed wschodem słońca znów wyjechaliśmy na główną drogę z zamiarem złapać ciężarówki i zapakowania motocykla na pakę. Takiego czegoś, jak przyczepka do samochodu nikt w okolice nie miał.  Najwyżej tylko przyczepa z traktorem... ale takich traktorów chyba było nie za wiele. Wszystkie pracy w polach, które widzieliśmy po drodze, wykonywano wołami, a reszta ciągnęły osiołki. Po pół godzinie udało się nam złapać ciężarówkę. Okazało się, że o tej porze jedzie o wiele więcej samochodów, bo od godziny 10 i do wieczora mają zakaz poruszania się ciężarówek w tych gorących rejonach. Większość ciężarówek nie mogła nas zabrać, miała zaplombowane ładunki, bo wiozła towary prosto z Chin. Ładowanie i rozładowanie motocykla odbywało się dosłownie "ręcznie" Czterech chłopów brało motocykl na ręce i wrzucało na/z paki. Nikomu do głowy nie przychodziło, że motocykl można zaprowadzić na kołach.....Za te 200 km zmieniliśmy trzy samochody i dopiero wieczorem dotarliśmy do Duszanbe. Udało się wszystko naprawić w jeden dzień, dzięki sprytnemu mechanikowi, który równolegle prowadzi też hostel dla podróżujących motocyklistów. Za ten czas póki zmagaliśmy się z transportem motocykla, znalazł u kogoś z miejscowych motocyklistów używany napęd z łańcuchem do tego modelu motocykla. Na nowy musielibyśmy czekać tydzień. Następnego dnia ruszyliśmy dalej. Pamir został zdobyty. Teraz czekała nas nowa przygoda. Uzbekistan ze swoimi zabytkami. Ale to już w innym rozdziale.

 

Opropo tego dywaniku asfaltowego...skończył się tak że nagle za kilkanaście kilometrów, od miejsca naszej awarii...

 

   

 

Trochę obyczajów: Pranie dywanów na drogach bardzo popularne w Azji środkowej.

 

 

Dzieciaki od małego do dużego wszędzie przybijają piątki. Czasami trzeba uważać, żeby nie podbiegły za blisko.

      

 

Tak w Tadżykistanie jeszcze obrabiają ziarno.

 

 

 

    

 

   

 

No i te wielkie owczarki środkowo - azjatyckie (alabaje) czające się w cieniu podwórek..

 

 

 

 

Niesamowity, dziki i przepiękny PAMIR! Dziękuję, że odsłoniłeś dla nas kawałeczek rąbka, żeby zobaczyć ciebie.

 

 

 DZIĘKUJĄC ZA POŚWIĘCONY CZAS ZAPRASZAM DO NASTĘPNYCH PODRÓŻY.

 

 

 

 

OK

ok.Edelweis

BLOG PODRÓŻNICZY

 

TADŻYKISTAN PAMIR HIGHWAY 2019